środa, 2 marca 2016

Blog zawieszony...

Niestety przyszedł ten moment. Myślałam, że obejdzie się bez tego, ale wszystko na to wskazuje.
ZAWIESZAM BLOGA.
Powodów jest dużo:
Mało czasu, brak weny, mało komentarzy pod rozdziałami...
Komentarze motywują mnie do dalszego pisania, a jak ich jest ledwo dwa, to myślę, że w ogóle się do tego nie nadaję. ( i chyba sie nie nadaję )
Bloga zawieszam na CONAJMNIEJ pół roku. Może jak coś przyjdzie mi do głowy, to wrócę szybciej.  :D
Przepraszam Was bardzo!!!
Black.

środa, 27 stycznia 2016

Rozdział 24

 *Tydzień później...*

Perspektywa Mariusza

Siedziałem z Winiarskim w kuchni i przez aneks co chwila spoglądałem na Arka. Po rozmowie z Justyną, która zadzwoniła jeszcze przed wylotem, pobiegł bawić się w salonie. Usiadłem w końcu naprzeciwko przyjaciela, ale tak abym mógł mieć oko na małego.
- I jak sytuacja z Dagą? - zapytałem po chwili, gdy Michał wpatrywał się bez żadnych emocji w kubek z kawą.
- Nijak. - westchnął - Nie mam odwagi iść do tego cholernego prawnika, a co gorsza nie mam odwagi wznieść pozew o rozwód. - spojrzał na mnie i uśmiechnął się krzywo - Najgorsze jest to, że nie mogę w żaden sposób zobaczyć się z Antkiem i Olim. - upił łyk napoju. Był spokojny, aż za spokojny jak na niego. - A co jeśli zabroni mi całkiem się z nimi widywać? Przecież jestem siatkarzem, moje życie jest cały czas na walizkach. Ja już nie wiem co mam robić... - powiedział cicho i przeczesał włosy ręką.
- Ja Ci powiem co masz zrobić. - oparłem się o oparcie krzesła i zaplotłem ręce na wysokości klatki piersiowej. Winiarski spojrzał na mnie wyczekująco. - Pójdziesz w najbliższym czasie do prawnika i ja Cię z tym przypilnuję. Dowiesz się wszystkiego co możesz zrobić w sprawie Antka i Oliego. Nawet jeśli jesteś siatkarzem to możesz się widywać z własnymi dziećmi. Niepotrzebnie wymyślasz jakieś historie... - tylko tyle zdążyłem powiedzieć, bo zadzwonił dzwonek do drzwi. Zmarszczyłem brwi i spojrzałem na Winiarskiego. Podniósł ramiona w górę na znak, że nic nie wie. Westchnąłem cicho i udałem się otworzyć drzwi. Nie spoglądając przez judasz, otworzyłem je i spojrzałem na gościa, który mnie odwiedził.
- Witam. Szukam Justyny Składanowskiej. Mam dla niej list. - mężczyzna z torbą przewieszoną przez ramię spojrzał na mnie znad szkieł okularów. Ponownie zmarszczyłem brwi, jakim cudem list dotarł tu, a nie do jej własnego domu?
- Musiała zajść jakaś pomyłka. Justyna tu nie mieszaka. - powiedziałem ze spokojem.
- Tak domyślałem się. Został on przesłany z tego adresu, na ten. - pokazał mi coś w swoim notesie i spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem. - Więc jest Pani Justyna? - zapytał ponownie.
- Nie ma. jest na wakacjach, ale mogę to za nią odebrać. - westchnąłem. Co ona mnie znowu wrabia.
- Świetnie. Proszę tu podpisać. - zrobiłem to o co mnie poprosił i odebrałem list - Dziękuje bardzo. Miłego dnia. - uśmiechnąłem się tylko kiwnąłem głową. Wszedłem do środka nogą zamykając drzwi i przeszedłem do kuchni. Usiadłem na tym samym miejscu co kilka minut temu i przyglądałem się kopercie. Był od jakiegoś uniwersytetu.
- Co tam masz? - koło mnie zaraz pojawił się Michał i przez ramie spoglądał na list.
- List dla Justyny od jakiejś uczelni. - wymamrotałem - Pewnie tej z Bełchatowa. No to jestem ciekaw czy ją przyjęli. - zaśmiałem się i zacząłem otwierać list.
- Nie sądzisz, że ona sama powinna to otworzyć? - usłyszałem głos Winiarskiego. Podniósł jedną brew do góry.
- No dobra. W sumie i tak pewne jest to, że ją przyjmą. Tak zdanej matury to ja jeszcze nie widziałem. - ponownie się zaśmiałem. Odłożyłem kopertę na stół i chwyciłem kubek z kawą. Upiłem łyk napoju. Winiarski usiadł naprzeciw mnie i przyglądał się białej i prostokątnej kopercie.
- Dobra otwieraj to, bo nie wytrzymam! - pisnął zachwycony. Zaśmiałem się głośno. Wiedziałem, że długo nie wytrzyma, w sumie to tak jak ja. Pośpiesznie otworzyłem list i zacząłem czytać. - Czytaj na głos! - zarządził Michał.
- Na podstawie artykułu... Bla, bla, bla... Niniejszym potwierdzamy kandydaturę Pani Justyny Składanowskiej oraz kwalifikację... - przeczytałem głośno i usłyszałem pisk przyjmującego. Wyrwał mi z rąk kartkę. Uśmiechnąłem się pod nosem.
- Mariusz, ale to nie jest list z Bełchatowa. - przyjaciel pomachał mi świstkiem papieru przed oczami - To jest z Krakowa. Z Instytutu Fizjoterapii Uniwersytetu Jagiellońskiego. - przeczytał dokładnie. Spojrzałem na niego jak na idiotę. - No spójrz sam. - podał mi list.
- O kurwa. - szczęka mi opadła. Faktycznie tam było napisane czarno na białym. Spojrzałem z niedowierzaniem na Miśka. - Wiedziałeś coś o tym? - wskazałem na kawałek papieru. Byłem jednocześnie dumny i zły. Utajniła to wszystko przede mną.
- Skąd! Jestem tak samo zaskoczony jak ty! - powiedział i chwycił kartkę w dłonie, po czym dla pewności przeczytał każde zdanie. Padł na krzesło i uśmiechnął się szeroko. - To nam się Justyna udała, co? Wredna małpa! I, że nie pisnęła nawet słówkiem! - zaśmiał się.
- No to sobie z nią porozmawiam. - powiedziałem sam do siebie i spojrzałem na Arka - Młody ubieraj się! - zawołałem. Michał spojrzał na mnie zdezorientowany.
- Co ty kombinujesz? - zaplótł ręce na klatce piersiowej i oparł się prawym ramieniem o framugę drzwi. Spojrzał na mnie podejrzliwie.
- Tatuś gdzie jedziemy? - podbiegł do mnie Arek i złapał mnie za nogę. Poczochrałem mu blond włosy i kucnąłem, aby móc być z nim twarzą w twarz.
- Zrobimy niespodziankę Justynie, co? - mały po usłyszeniu moich słów wtulił się w moją szyje.
- Jadę z Wami nie mogę tego przegapić. - zaśmiał się Winiarski i podreptał za nami do samochodu. Wysłałem Paulinie SMS i wyruszyliśmy w drogę.

Perspektywa Justyny

Podobnie, jak tydzień temu siedziałam na niewygodnym, metalowym krześle. Z tym, że koło mnie siedział niejaki Andrzej Wrona. Miał zamknięte oczy, jego klatka unosiła się miarowo. Włosy dokładnie ułożone, kilkudniowy zarost dodawały mu tylko uroku. Wpatrywałam się w niego jak obrazek. Dość często łapałam się na tym, że myślałam o tym co by było gdyby... Jestem niezłą szczęściarą. Przyjaźń z jednym z najlepszych atakujących na świecie, która nie oszukujmy się zaczęła się przypadkowo. Sama się dziwię, jak ona mogła tyle przetrwać. Dzieli nas spora ilość wieku. Mamy różne charaktery, nie we wszystkim się zgadzamy, a przede wszystkim ja w porównaniu do niego jestem niedoświadczona w życiu. Uśmiechnęłam się pod nosem, wspominając nasze pierwsze spotkanie, to jak poznałam chłopaków. Wszystko działo się jakbym była w jakimś śnie.
- Gapisz się na mnie. - z rozmyśleń wyrwał mnie niski głos środkowego. Nadal miał zamknięte oczy, a na twarz wpełzł mu delikatny uśmiech. Objął mnie ramieniem i przyciągnął do siebie. - Krępuje mnie to. - wyszeptał mi na ucho. Nie wiem czemu, ale zrobiło mi się momentalnie gorąco. Przygryzłam dolną wargę i schowałam twarz w zagłębiu jego szyi, aby ukryć rumieńce na policzkach. Andrzej zaśmiał się cicho i mocniej mnie do siebie przytulił, całując w czoło. Siedzieliśmy tak dłuższą chwilkę, aby potem wstać i ruszyć w kierunku samolotu. Gdy już zajęliśmy swoje miejsce po raz ostatni spojrzałam przez okienko i przełknęłam ślinę.
- Nie będzie tak źle. - usłyszałam głos środkowego, a zaraz po tym poczułam jak łapie mnie za rękę, aby dodać mi otuchy. Posłałam mu tylko słaby uśmiech i wtuliłam się w jego ramię. Chciałam, wręcz próbowałam zmusić się do spania. Wszystkie próby kończyły się fiaskiem. W pewnym momencie samolotem trzęsło, a ja wydałam z siebie cichy pisk. Wbiłam się w fotel, zaciskając powieki jak mocniej umiałam w duchu modląc się o przeżycie. - A tobie co? - usłyszałam rozbawiony głos Wrony. Otworzyłam jedno oko, ale zaraz je zamknęłam, wprawiając Andrzeja w jeszcze większe rozbawienie.
- Spadamy, prawda? - spytałam cicho z przerażeniem. Siatkarz zaśmiał się głośno, sprawiając, że kilku pasażerów obróciło się w naszą stronę.
- Głupia, to tylko lekkie turbulencje. - objął mnie ramieniem i  przyciągnął do siebie, po czym pocałował w skroń - Możesz otworzyć oczy. - powiedział gryząc się w język, aby się nie roześmiać. Głośno wypuściłam powietrze z płuc i mocniej wtuliłam się w jego tors. Kantem oka spojrzałam w stronę Wojtka, siedział po naszej prawej z jakąś dziewczyna, co chyba była zawziętą fanką siatkówki, bo zachwycała się nim jakby był co najmniej jakimś bogiem. Zaśmiałam się cicho w klatkę piersiową środkowego i przymknęłam oczy, wdychając perfumy siatkarza. Długo wyczekiwany sen przyszedł bardzo szybko. Jak przez mgłą pamiętam drogę do samochodu, a tam bardziej do domu. Ocknęłam się dopiero, gdy wjeżdżaliśmy na podwórko. Zdziwiło mnie auto Mariusza, stojące obok garażu. Rozciągnęłam się, gdy wysiadłam z pojazdu i otworzyłam bagażnik, aby wytargać z niego torbę. Zanim zdążyła cokolwiek zrobić, Andrzej wyciągnął wspomnianą rzecz i szedł kierunku domu. Zaśmiałam się w duchu, przyjdzie do tego, że nawet nie będę mogła sama iść.
-  Jak tam lot? - spojrzałam na Wojciecha i próbowałam się nie roześmiać.
- Nic nie mów. - powiedział zirytowany - Ta laska była nadzwyczaj dziwna. - zaśmiałam się tylko.
- Nie idziesz? - zapytałam, gdy siatkarz nie wyszedł nawet z samochodu.
- Poczekam na niego tu. - uśmiechnął się. Prychnęłam rozbawiona i uciekłam. Wpadłam na korytarz i od razu spotkałam się z Arkiem i moim bratem Jasiem.
- O cześć urwisy! - potargałam jednemu i drugiemu włosy. Pisnęli, odskakując w bok, ale zaraz się przytulili. Krzyknęli krótkie "Hej!" i pobiegli do salonu. Zmarszczyłam brwi, ale nic nie mówiąc ruszyłam za nimi. W pomieszczeniu zastałam moją mamę, ojczyma, Mariusza, Michała i Andrzeja. Ten ostatni trzymał jakąś kartkę papieru i wczytywał się w sens wypowiedzianych zdań. Spojrzałam na Mariusza, ale ten tylko prychnął i posłał mi spojrzenie typu: "Policzymy się później".  - Coś się stało? - zapytałam w końcu, przeskakiwałam wzrokiem na każdą osobę, znajdującą się w pomieszczeniu.
- Może zechcesz nam to wytłumaczyć? - odezwał się Andrzej, podsuwając mi pod nos kartkę papieru, którą niedawno czytał. Chwyciłam ją i ze zrozumieniem wczytałam się w tekst. Z każdym zdaniem, mój uśmiech rozszerzał się co raz bardziej. W końcu nie wytrzymałam i zaczęłam piszczeć oraz skakać z zadowolenia. Usłyszałam śmiech Winiarskiego, po czym podszedł do mnie i mocno uściskał. Spojrzałam na pozostałe osoby, ale nikt nie kwapił się do tego, aby coś powiedzieć.
- Nie cieszycie się? - spytałam niepewnie. Myślałam, że gdy postawię ich przed faktem dokonanym to zmienią zadanie, ale chyba się przeliczyłam.
- No chyba nie myślisz, że pozwolę Ci jechać na studia do Krakowa! - głos zabrała moja rodzicielka. Wzięłam głęboki oddech i spojrzałam w jej stronę. Byłam przygotowana na wszystko. - Umawiałyśmy się, że Studiujesz w Bełchatowie! Nie ma mowy o żadnym Krakowie!
- Michał weź chłopaków do drugiego pokoju. - poprosiłam i uśmiechnęłam się do niego. Chyba tylko on był ze mnie dumny. - Niby czemu?! - lekko podniosłam głos, gdy Winiarski zniknął z dzieciakami za drzwiami. - Bo nie byłabym pod kluczem?!
- Nie tym tonem. - usłyszałam głos mojego ojczyma. Puściłam to mimo uszu i dalej wpatrywałam się w mamę, wyczekując odpowiedzi.
- Idziesz studiować do Bełchatowa! Tam Mariusz będzie Cię pilnował. - powiedziała, nie zwracając uwagi na wcześniej zadane pytanie.
- Nie mam pięciu lat! Nie potrzebuję niańki! - ponownie się uniosłam, ale to chyba było zrozumiałe w tej sytuacji.
- Nie tym tonem młoda damo. - po raz drugi usłyszałam ojczyma. Odwróciłam się w jego stronę i spojrzałam na niego.
- Ty się w ogóle w to nie mieszaj. - wysyczałam zaciskając dłonie w pięści - Nie jesteś moim ojcem.
- Justyna! - zawołała moja mama z absurdem.
- A może jest?! - zwróciłam się w jej stronę i wyciągnęłam w górę ręce. Już wiedziałam, że wyniknie z tego kłótnia to nie byle jaka. Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech, aby choć trochę się uspokoić. - Mamo. - zmusiłam się na spokojny ton - Wiem, że się wszyscy martwicie, ale ja mam 20 lat i chyba mogę decydować już o swoim życiu...
- Nie, dopóki jesteś na moim utrzymaniu. - przerwała mi - Idziesz na studia w Bełchatowie i koniec dyskusji.
- Myślałam, że się ucieszysz. Sama nawet przesłałaś ten list do Mariusza, abym mogła go szybciej odczytać. - powiedziałam z wyrzutem. Trochę mnie zabolało, nawet nie dała mi odczuć tego, że jest ze mnie dumna.
- Bo głupia myślałam, ze jest z bełchatowskiej uczelni! - prychnęła i założyła ręce na piersi - Dzisiaj, gdy przyjechał Mariusz i pokazał mi ten list zorientowałam się. - po usłyszeniu tych słów, spojrzałam na Wlazłego ze niedowierzaniem. Nawet on, przyjaciel był przeciwko mnie.
- Rozumiem, że u ciebie wsparcia nie mam? - zapytałam z wyrzutem.
- Justyna zataiłaś to przede mną. Jak niby miałem się zachować? - załamał ręce i cicho westchnął - I dobrze wiesz, że jestem za tym, abyś była pod moją opieką. Był bym o Ciebie bardziej spokojniejszy.
- Mam 20 lat do cholery! - krzyknęłam - Zrozumcie wreszcie, że wiecznie nie możecie prowadzić mnie za rączkę! Chcę być samodzielna, podejmować różne rzeczy SAMA. Jak myślicie, po której uczelni będę miała większe wykształcenie? Szybciej znajdę pracę, z którym świstkiem, tej po Krakowie, czy tej po Bełchatowie? - zapytałam patrząc na każdą osobę z kolei - No właśnie. - prychnęłam, gdy nikt nie miał zamiaru się odezwać - A jeśli tak wam zależy na tym, żeby nic mi się nie stało, to Krzysiek ma do Krakowa godzinę. - rzuciłam na odchodne. Spojrzałam jeszcze na mamę, która trochę pobladła i wyszłam. Usiadłam na huśtawce przed domem w ręku nadal trzymając kartkę z uczelni. Trochę pognieciona z tych wszystkich emocji, ale nadal czytelna. Uśmiechnęłam się pod nosem. Udało mi się dostać do jednej z najlepszych uczelni w Polsce, tylko szkoda, że nikt nie jest z tego faktu zadowolony. Wzięłam głęboki oddech i lekko zaczęłam się bujać. Zabolało. Zabolało, to że we mnie nie wierzą. Nie odczułam od żadnego z nich, że są dumni, no może tyle co Michał.
- Nie pomyślałaś o mnie? - usłyszałam głos Andrzeja - O nas? - zadarłam głowę, aby móc na niego spojrzeć. Stał z rękoma w kieszeni i patrzył na mnie z dziwnym błyskiem w oku.
- Wtedy nie byliśmy jeszcze razem. - powiedziałam i z powrotem opuściłam głowę. Nogą zaczęłam kopać w ziemi, mając nadzieję, że chociaż on zrozumie moja postawę.
- Chodzi mi o teraz. Gdyby Ci zależało zostałabyś w Bełchatowie, przy mnie. - kucnął, po czym złapał mój podbródek i pociągnął w górę, żebym na niego spojrzała.
- Andrzej... - westchnęłam - Zależy mi. Cholernie mi zależy, tylko zrozum mnie. Ja też chcę coś w życiu osiągnąć. Mam szansę na studiowanie w jednej z najlepszych uczelni w Polsce i mam z tego wszystkiego zrezygnować dla Ciebie? - zapytałam spokojnie. Wrona gwałtownie się wyprostował.
- Po tym co teraz powiedziałaś, to nie wiem czy Ci zależy. - rzucił z wyrzutem. Wypuściłam głośno powietrze i stanęłam naprzeciwko niego.
- Jestem ciekawa, jak gdybyś dostał propozycję grania w jakimś lepszym klubie, patrzał na to czy będziemy od siebie daleko. - założyłam ręce na piersi i spojrzałam na niego z przymrużeniem oczu.
- Nie mieszaj w to wszystko siatkówki. To jest całkiem co innego. - pokręcił głową.
- Jak co innego?! - pisnęłam i uniosłam ręce w górę - Wy w ogóle siebie słyszycie?
- Justyna... - podszedł do mnie bliżej i chciał złapać za ręce.
- Wiesz co? Jak dalej chcesz mnie przekonać do Bełchatowa to lepiej jedź. - wyszeptałam, po czym odwróciłam głowę, aby na niego spojrzeć.
- Słucham?
- Jedź. - powtórzyłam głośniej. Usłyszałam tylko oddalające się kroki, a potem silnik samochodu. Usiadłam na ziemi i plecami oparłam się o ścianę. Schowałam twarz w dłonie i bardzo głęboko westchnęłam. - Jesteś głupia Justyna. Nie ma jak wyrzucić własnego chłopaka. - powiedziałam sama do siebie i zaśmiałam się nerwowo. Siedziałam tak już dłuższą chwilkę. Nie miałam siły wrócić do domu i wysłuchiwać gadania mamy, czy Mariusza. Wstałam, otrzepałam spodnie i udałam się na spacer po pobliskim lesie. Musiałam pobyć sama, pomyśleć dokładnie nad tym wszystkim. Włożyłam dłonie do tylnych kieszeni i powolutku, włócząc nogę za nogą. Nigdzie mi się nie spieszyło. Wydeptaną ścieżką przez zwierzynę doszłam na małą polanę. Od małego tu przychodziłam, to było moje miejsce do medytacji, uspokojenia się, to było oderwanie się od rzeczywistości. Ukrywałam się tu przed wszystkim. Usiadłam na miękkiej trawie, oparłam się o pień wielkiego dębu, po czym zamknęłam oczy i wsłuchałam się w śpiew ptaków. Momentalnie całe spięcie zeszło, a zastąpił je relaks. Sama nie wiem ile czasu siedziałam na tej polance, całkowicie straciłam rachubę czasu, a mój rozładowany telefon nie polepszał sytuacji. Tak, więc gdy zaczynało robić się chłodno i słońce zachodziło za linie horyzontu, postanowiłam wracać. Podniosłam się ociężale z ziemi i krótszą drogą poszłam w stronę domu. Skrzywiłam się lekko, gdy zauważyłam, że auto Wlazłego nadal stoi obok garażu. Nie chciało mi się wchodzić do domu, bo przez okno widziałam jak wszyscy siedzą w kuchni i wyczekują mojego przyjścia. Chwyciłam za klamkę, wzięłam głęboki oddech i weszłam do środka. Omijając pomieszczenie wypełnione bliskimi, poszłam do swojego pokoju. Walnęłam się na łóżko, podłożyłam ręce pod głowę i wpatrywałam się w biały, jak śnieg sufit. Nie myślałam o niczym, tak bez większych ceregieli wpatrywałam się w ten pieprzony sufit. Zagryzłam nerwowo wargę, gdy usłyszałam ciche pukanie, wiedziałam, że to Mariusz. Miałam takie przeczucie. Może, jak będę siedziała cicho to odpuści i da mi spokój? Taa, dobre sobie.
- Wiesz, że unikanie i obrażanie się nic nie da. - usłyszałam głos przyjaciela, a zaraz po tym dźwięk zamykanych drzwi. Nie miałam nawet ochoty spojrzeć w jego stronę. Poczułam, jak materac ugina się pod jego ciężarem. Jednym ruchem przesunął mnie pod ścianę, a sam położył się koło mnie. - Ciekawy ten sufit. - powiedział po chwili. Wypuściłam głośno powietrze z ust i uśmiechnęłam się pod nosem. - Nie przyszedłem do Ciebie po to, żeby prawić Ci kazania. Choć, wiesz jakie jest moje zdanie. - przerwał i obrócił się w moją stronę - Spójrz na mnie. - zażądał. Nie chętnie przeniosłam wzrok na niego. Podniosłam brwi do góry, wyczekując na jego monolog. Niby mówił, że nie przyszedł prawić kazań, ale i tak dopnie swego i powie mi co mam zrobić. - Dobra, jak masz patrzeć na mnie takim wzrokiem, to lepiej wpatruj się w ten sufit. - wymamrotał i usiadł pod ścianą biorąc moje nogi na kolana - Wiem, że Ci nie przemówię do rozsądku, że i tak dopniesz swego i pójdziesz na te studia do Krakowa. Za dobrze Cię znam. Staniesz na głowię, żeby zakończyć je z największym wynikiem. Tak, jak było z matura. - uśmiechnął się pod nosem - Pewnie myślisz, że nie jestem z ciebie dumny, że się nie ciesze. - spojrzał w moją stronę i przygryzł dolną wargę w uśmiechu - Muszę Cię rozczarować. Jestem cholernie dumny, gdyby nie fakt, że nie będę miał na Ciebie oka to nawet skakałbym pod sam sufit. Byłem zły, nie zaprzeczam, ale po tym co powiedziałaś w salonie to zmieniłem zdanie. Rozjaśniłaś mi całą sytuację. - przyznał i klepnął mnie w udo, abym na niego spojrzała. Podniosłam w głowę z przymrużeniem oka i podniosła jeden kącik ust do góry.
- Ale? - dźwignęłam ciało do pozy siedzącej, po czym założyłam ręce na piersi. U niego nie ma tak prosto, jakiś haczyk jest.
- Ale ciężko jest mi odzwyczaić się od Ciebie. Przez te pięć lat miałem nad Tobą taką małą władzę. Wiedziałem co robisz i miałem wszystko pod kontrolą, a teraz, gdy wyjedziesz to, ani Ty, ani ja nie będziemy mieli czasu. - westchnął - Jesteś moją małą, młodszą siostrzyczką i nawet jeśli będziesz daleko, wystarczy jeden Twój wybryk, czy jeden telefon od kogokolwiek, że coś się stało, to jestem w tym zasranym Krakowie i niezależnie od niczego najpierw złoję Ci dupsko, a dopiero potem pomogę, a jeśli to nie pomoże, zabiorę Cię do Bełchatowa i guzik mnie będzie to obchodziło, jakie studia są lepsze. - zagroził mi z uśmiechem - No chodź tu do mnie. - rozłożył swoje wielkie ramiona. Zaśmiałam się pod nosem i wtuliłam się w siatkarza. Co jak co, ale on to jest najlepszym przyjacielem jakim sobie można wymarzyć. - A teraz mów co z Andrzejem. Widziałem jak wsiadł nieźle zdenerwowany do samochodu i krzyknął coś do Włodiego i odjechali.
- No, co no. Mała kłótnia. - wzruszyłam ramionami - Zaraz wszystko wróci do normy. - wstałam i chwyciłam torbę, aby rozpakować rzeczy. Musiałam czymś się zająć, aby nie rozmawiać z Mariuszem twarzą w twarz. Usiadłam na mięciutkim dywanie, kładąc przed sobą duża czarną torbę zaczęłam wyjmować z niej ubrania, kosmetyki i inne ubrania.
- Mała kłótnia mówisz? - usłyszałam mad sobą. Kantem oka widziałam jak siada obok i bierze do ręki jakiś krem i zaciekawienie mu się przygląda. Omiotłam wzrokiem sufit i zabrałam mu z ręki moja własność. Odłożyłam ją do półki, po czym wróciłam do poprzedniej czynności ignorując Wlazłego. Wzrok atakującego wręcz mnie irytował, że aż w pewnym momencie odwróciłam się w jego stronę i rozłożyłam ręce zdenerwowana. Zachichotał cicho i wzruszył ramionami.
- No co?
- Ty już wiesz co. - kiwnął głową z uśmiechem - No mów! - zażądał.
- Jeny, miał do mnie wyrzuty, że nie pomyślałam o nim. Powiedział, że gdyby mi zależało to zostałabym przy nim w Bełchatowie. Ja mu zaprzeczyłam i powiedziałam, że na moim miejscu, gdyby dostał propozycję grania gdzie indziej od razu by poleciał. - zaczesałam włosy do tyłu i wszystkie brudne ubrania wrzuciłam do kosza na bieliznę.
- I dlatego pojechał nadąsany jak osa? - rozłożył się na łóżku. Podłożył ręce pod głowę i podniósł jedną brew do góry. Czy oni robią to specjalnie?!
- Jak wy to do kurwy nędzy robicie? - padłam na pufę w drugim końcu pokoju.
- Ale co? - tym razem zmarszczył brwi, w tym robiąc śmieszną minę. Machnęłam ręką z głębokim westchnieniem. - Nie zmieniaj tematu! - dostałam poduszką w twarz. Spojrzałam złowrogo na Mariusza i pokręciła głową. On zaś zakrył usta i próbował powstrzymać napad śmiechu, co mu marnie wyszło, bo kilka sekund później wybuch głośnym śmiechem. Szybko wstałam, pobiegłam do znajdującej się naprzeciwko łazienki i chwyciłam jakąś miskę, która się tam znajdowała. Nalałam w nią wody i z powrotem nie roniąc ani kropli wpadłam do pokoju. Jednym zamaszystym ruchem, zanim siatkarz zdążył cokolwiek zrobić, wylałam na niego całą zawartość naczynia. Wstał jak poparzony i skacząc, krzyczał niecenzuralne słowa. Teraz to ja dławiłam się śmiechem, wręcz płakałam. Uwielbiam to robić! Jak strzała wyleciałam z pokoju i pognałam do salonu.
- Misiek ratuuuj! - pisnęłam i schowałam się za przyjmującym - Mariusz chce mnie zabić! - krzyknęłam zrozpaczona, nadal się śmiejąc. Zanim Michał zdążył cokolwiek powiedzieć do pomieszczenia wpadł Wlazły. Wzrokiem rozglądał się dookoła, a gdy mnie zobaczył szedł w moją stronę. Chwyciłam Winiara za koszulkę i ciągnęłam za sobą, jakby był moją tarczą, w zasadzie to nią był. Gdy natrafiłam na ścianę, wychyliłam się za Michała i błagalnym wzrokiem spojrzałam na Mariusza. - Ko-cham Cię? - powiedziałam słodko i skuliłam się z powrotem. Przyjmujący wyciągnął ręce tak, żeby mnie ochronić.
- Nie przejdziesz! - krzyknął i tupnął nogą, aby choć trochę upodobnić się do Gandalfa z Władcy Pierścieni. Atakującemu zszedł złowrogi wyraz twarzy, a zastąpił go uśmiech. Widać było, że chciał się powstrzymać, ale jak zawsze wybuchł gromkim śmiechem. Odetchnęłam z ulgą i wyszłam za mojej żywej tarczy. Wytarłam policzki z łeż i opanowując oddech, poklepałam Mariusza po ramieniu.
- Jeszcze musisz poćwiczyć. - odparłam nadal się śmiejąc.
- Ahh, tak? - zapytał i wyciągnął do mnie ręce, po czym mocno mnie przytulił. Swoimi wielkimi łapami wcisnął mnie w mokrą koszulkę. Uniósł do góry i targał na wszystkie strony.
- Mariusz! Puść mnie! Jesteś mokry! - piszczałam i próbowałam się mu wyrwać - Fuj! No, puść mnie już! Dostałam za swoje! - pięściami biłam go w ramiona, tors, ale on był nieugięty - Maniek! - krzyknęłam. Wiedziałam, że to zadziała. Nienawidzi jak tak na niego mówię.
- Tylko nie Maniek. - pogroził mi palcem i wypuścił z objęć. Padł na kanapę ciężko dysząc, na kolana wgramolił mu się Arek, a na szyi zawiesił mu się Jaś.
- Tata, jesteś cały mokry. - rzekł blondynek i odsunął się od ojca. Razem z Winiarskim ugryźliśmy się w policzki, aby się nie roześmiać. - I jak masz teraz z nami iść pograć w piłkę? - wyjęczał. Mariusz spojrzał na mnie z cwaniackim uśmieszkiem.
- Justyna z wami pójdzie, to przez nią jestem mokry. - założył ręce na piersi.
- Ale ona nie umie grać w piłkę. - odezwał się mój braciszek i uniósł ręce do góry, jakby to było oczywiste. Przygryzłam obie wargi i podniosłam ramiona do góry, żeby dać do zrozumienia Wlazłemu, że ze mną nie wygra. Do pokoju weszła moja rodzicielka, pewnie zwołały ją do tego krzyki. Spojrzała po pomieszczeniu, wzrok dłużej przetrzymała na mnie ze smutnym wyrazem twarzy, ale zaraz potem przeniosła go na Mariusza. Ściągnęła z ramienia ścierkę i zaczęła go nią bić po każdej części ciała.
- Jes-teś mo-kry złaź mi z tej ka-na-py! - okładała go tym ręcznikiem kuchennym. Atakujący wyginał się, chował za każdym, aby tylko uchronić się przed następnym atakiem. Ze śmiechem wyszłam z salonu podreptałam do kuchni. Usiadłam sobie przy stoliku, a nogę postawiłam na krzesło obok. Kostka dała o sobie znać. Ściągnęłam z niej stabilizator i troszkę nią poruszałam na boki. Cały pobyt w Miami przechodziłam bez większej pomocy gadżetów, wystarczyło, że smarowałam ją jakimś kremem, co dał mi Karol, ale gdy pod koniec zaczęła mnie już pobolewać, Andrzej kazał mi wciągnąć na nogę stabilizator. Oczywiście wmawiałam mu, że to chwilowe, że nic mi nie jest, ale u niego to jak grochem o ścianę. Tak, więc ostatnie dwa dni przechodziłam za tym ustrojstwem na kostce. Wzięłam głęboki oddech i sięgnęłam ze stołu butelkę wody, aby się napić.
- Pojechałbym na Twoim miejscu na prześwietlenie. - usłyszałam cięty głos Marka. Przygryzłam wargę, żeby nie powiedzieć w jego stronę kilku słów za dużo. Chwyciłam stabilizator w rękę, po czym wstałam i pomalutku skierowałam się do pokoju. - Co zrobiłem nie tak, że mnie nie lubisz? - stanęłam wpół kroku i obróciła się w jego stronę. Zacisnęłam dłoń na czarnym materiale stabilizatora.
- Na każdym kroku dawałeś mi do zrozumienia, że nie jestem Twoim dzieckiem. Robiłeś wszystko, żebym była jak najdalej od mamy. Dam sobie rękę uciąć, że skakałeś z radości o wieść o moich studiach w Krakowie. Gdyby nie mama już pewnie spakowałbyś mi walizki. - przymknęłam powieki, aby się nie rozpłakać. - Przed nią udawałeś idealnego mężczyznę, kochającego tatę, a gdy tylko miałeś okazję upokarzałeś mnie. Starałam się to ignorować i udawało mi się. Nie chcę nic mówić mamię, bo widzę jaka jest z Tobą szczęśliwa. - uśmiechnęłam się pod nosem. Zamrugałam kilka razy, żeby pozbyć się nieprzyjemnych kropel. - Myślisz, że nie chciałam się jakoś do Ciebie przybliżyć? Próbowałam, ale ty zawsze mnie odtrącałeś. A teraz kurwa pytasz się czemu Cię nie lubię? - prychnęłam z kpiną - To ja się powinnam Ciebie zapytać, co ze mną jest nie tak. Nie próbowałeś mnie nawet poznać. - powiedziałam z wyrzutem. Spojrzałam na niego z pogardą i odwróciwszy się na pięcie wyszłam z pomieszczenia. Od zawsze marzyłam o kochającym tacie, który będzie bronił swojej córeczki. O ojcu, który złoi dupie chłopakowi, co złamał mi serce. O takim typowym tacie. Dobry humor prysnął jak bańka mydlana. Usiadłam na parapecie w pokoju. Oparłam czoło o zimną szybę, wpatrywałam się w zachodzące słońce. zawsze, gdy pytałam mamę o mojego biologicznego ojca, to mówiła tylko, że nie mógł się mną zająć, bo robi karierę. Nic więcej nie chciała mi powiedzieć. Jak się nazywa, czy kto to. Zbywała mnie słowami " Nie chcę o tym rozmawiać". Nie miałam jej tego za złe, rozumiałam ją doskonale.
- Proszę. - otarłam policzki z łez i próbowałam się uspokoić, gdy usłyszałam pukanie do drzwi.
- Chciałem Cię zawołam, bo już jedziemy i.... Ej co się stało? - do pokoju wparował Winiarski. W dwóch susach znalazł się koło mnie i oplótł swoimi rękoma.
- Nic. - wzruszyłam ramionami - Płacze sobie.
- Za głupka mnie masz? - zapytał z ironia w głosie.
- W pewnym sensie tak. - uśmiechnęłam się lekko. Wzięłam głęboki oddech. - Nie chcę mi się o tym gadać. - machnęłam ręką i zeskoczyłam z parapetu. Złapałam Michała za dłoń i ciągnęłam go za sobą, aż do salonu. Tam się z nim przytuliłam i życzyłam miłej drogi. Arka wycałowałam za wszystkie czasy i obiecałam mu, że kiedy tylko się spotkamy pobawię się z nim w policjantów i złodziei.
- Porozmawiam jeszcze z Twoją mamą, może przekonam ją do Krakowa. - podszedł do mnie Wlazły i przytulił - Słyszałem Twoją wymianę zdań z Markiem. Nie martw się z nim też już zrobiłem porządek. - pogładził mnie po plecach, jak na zawołanie w moich oczach pojawiły się łzy - Czemu nic mi nie powiedziałaś? - zapytał zatroskany.
- Sama nie wiem. - przyznałam i wytarłam mokry policzek. Pokiwał głowa na boki i mocniej przytulił. Nienawidził, gdy płakałam, zawsze myślał, że to przez niego. - Dobra jedźcie już, ja dam sobie radę. - uśmiechnęłam się słabo.
- Trzymaj się młoda. - powiedział na odchodne. Chwycił Arka za rękę i wszyscy trzej pognali do auta. Pomachałam im jeszcze, a sama zaszyłam się w pokoju.
- Dzień pełen wrażeń. - wyszeptała pod nosem i odpaliłam laptopa. To była chwila, gdzie potrzebowałam pobyć sama. Dawno nie miałam czasu dla samej siebie. Tak, więc cały wieczór i połowę nocy wykorzystałam na obejrzenie tak zwanych wyciskaczy łez.


Zostawię ten rozdział bez komentarza.

UWAGA!!!!!
Następny rozdział nie pojawi się za szybko, gdyż ferie dobiegają końca, a ja muszę się zabrać za naukę. Nie powiem Wam dokładnie kiedy coś napiszę, ale mogę obiecać, że jeśli będę miała czas, zasiądę przed klawiaturę i wyskrobię coś dla Was!
Jak przyjdzie taka potrzeba to nawet zawieszę bloga na kilka tygodni, ale jeśli przyjdzie taka potrzeba. :D 
Pozdrawiam serdecznie i gorąco!
Black. 

niedziela, 10 stycznia 2016

Rozdział 23

Leniwie przeciągnęłam się na materacu i z uśmiechem na twarzy obróciłam się w lewą stronę łóżka. Zarzuciłam ręce myśląc, że leży tam niejaki Andrzej Wrona. Poczułam jednak sam materac, w sumie to też dobre. Tak, więc rozłożyłam się na całej szerokości i długości łóżka co fizycznie nie było zdolne, ale wiadomo ja potrafię wszystko. Z jednej strony byłam ciekawa gdzie się podziewa środkowy bełchatowskiej drużyny, ale z drugiej byłam bardzo zmęczona. Nie wiele myśląc poszłam dalej spać, gdyż ten nasz mały seansik przeciągnął się do późnych godzin nocnych. Kręciłam tak się z boku na bok, szukając odpowiedniej pozy do spania i gdy już ją znalazłam, usłyszałam zamykane drzwi. Postanowiłam udawać, że śpię to może nie będę musiała wstawać. Zaczynałam płakać w duszy, bo poczułam jak ugina się materac pod czyimś ciężarem, a potem na ustach delikatny pocałunek. Bez zawahania oddałam pocałunek. Szybkim ruchem przewróciłam Andrzeja na plecy i usiadłam na nim okrakiem. Ponownie wpiłam się w Andrzejowe usta.


Widziałam, że siatkarzowi się to podoba, bo cały czas pomrukiwał z zadowolenia. Uśmiechnęłam się zadziornie i wstałam z łóżka. Miałam zaskakująco wyśmienity humor! W samej koszulce Andrzeja i w majteczkach przemierzyłam trasę do walizki. Podśpiewując sobie pod nosem zaczęłam kręcić tyłeczkiem.
- Kręć dupą, kręć dupą, kręć od samego rana* - usłyszałam śpiew środkowego. Zaśmiałam się w głos i poszłam do łazienki wziąć prysznic. Letnia woda zrelaksowała moje ciało, aż tak, że miałam w planach stać tak pod strągą wody. Jednak mój brzusio domagał się jedzonka, a tego nigdy nie mogłam sobie odmówić. Chwyciłam ręcznik, po czym wytarłam starannie i szybko ciało. Założyłam wzięte wcześniej ciuszki i pachnąca wyszłam z łazienki. Wrona jak leżał, tak leżał i grzebał coś w telefonie, więc postanowiłam mu w tym trochę poprzeszkadzać. Położyłam się koło niego i zaczęłam go całować po odkrytym ramieniu. Nawet ani nie drgnął! Przeskoczyłam na szyję i tak z tymi całusami powoli szłam w górę. Nic, tak jak był zapatrzony w ten telefon tak jest. Doszłam już do policzka i gdy miałam pocałować go w usta, przewrócił mnie na plecy i zawisł nade mną. Przyłożył swoje czoło do mojego i zaraz po tym poczułam jego miękkie wargi na swoich.
- Głodna jestem. - wyszeptałam i słodko spojrzałam mu w oczka.
- Nie ma jak romantyczność. - westchnął ze śmiechem. Wyszczerzyłam się w jego stronę. Wrona chwycił mnie prawą ręką pod kolanami, a lewą pod plecami i podniósł do góry. - Nie wierzę, że tak się dałem. - zaśmiał się ze swojej głupoty - Miałem odpocząć od dźwigania sztang, a przyszło mi na to, żeby nosić jeszcze większy ciężar. - puścił mi oczko. Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Czy on przed chwilą powiedział, ze jestem gruba?! Oczywiście, że powiedział! Prychnęłam i postanowiłam zostawić to bez komentarza. Jeszcze się doigra. - pomyślałam. Na korytarzu spotkaliśmy Włodiego, ten widząc nas zaczął się śmiać z Andrzeja.
- To co jemy? - zapytał Wrona, gdy usiedliśmy przy stoliku. Podał mi kartę, abym coś wybrała, ale odłożyłam ją z powrotem na stół. Siatkarze spojrzeli na mnie zdziwieni moim zachowaniem, no tak przecież do żarcia to ja pierwsza jestem.
- Co się patrzycie? - oparłam się wygodnie o oparcie krzesła.
- Nie jesteś głodna? - Wojtek podniósł jedna brew do góry. Też bym tak chciała! Muszą mnie tego nauczyć. Każdy z siatkarzy to umie. Jak oni to robią?! Pokręciłam głową przecząco. Wystraszony wstał i przyłożył swoją rękę do mojego czoła. - Chora jesteś? Nie masz gorączki. - zaśmiałam się z jego poczynań.
- Nie nic z tych rzeczy. - spojrzałam wymownie na Andrzeja - Ktoś mi dzisiaj powiedział, że jestem ciężka. Nie chcą, żeby dostał jakieś przepukliny postanowiłam nie jeść śniadań. - przedstawiłam swój plan i wyszczerzyłam się do niego. Mina Andrzeja bezcenna. Włodarczyk prawie z krzesła spadł na wieść o tym. Oczywiście, że będę jadła śniadania. Ja i niejedzenie? To kiepski związek.
- Zgłupiałaś do reszty. - spojrzał na mnie jak na idiotkę - Ja żartowałem. Ż-A-R-T-O-W-A-Ł-E-M. - przeliterował. Takiej reakcji się nie spodziewałam. Myślałam, że się skapnie. Zaczęłam się śmiać jak głupia i zawołałam kelnera, po czym zamówiłam jajecznicę z grzankami. Siatkarze chyba się skapnęli o co chodzi, bo też się zaśmiali.
- Wiedziałem, że tu jest jakiś haczyk. - Włodzimierz wypiął dumnie pierś. Prawie zakrztusiłam się przed chwilą przyniesioną jajecznicą, która już zaczęłam jeść. Powoli przeżułam i połknęłam.
- Prawie z krzesła spadłeś, więc nawet mi nie mów, że widziałeś. - zaśmiałam się, a Andrzej razem ze mną. Włodarczyk po kryjomu sprzedał mi środkowy palec. Wywróciłam oczami i dalej delektowałam się posiłkiem. Chłopaki zaczęli gadać o siatkówce. Nie miałam ochoty brać w niej udziału, gdyż byłam zajęta lepszymi sprawami.
- To gdzie dzisiaj idziemy? - spytałam, gdy skończyłam jeść.
- Ja bym poszedł na plaże. - zaproponował przyjmujący.
- Lepiej na miasto. - zajęczał Wrona. Zaśmiałam się, gdyż przypomniałam sobie jak zawsze trzeba było go wyciągać na piasek. Otóż Pan Wrona nienawidzi chodzić na plaże.
- Przestań jęczeć. Najpierw pójdziemy na plaże, a potem na miasto. - zarządziłam i wstałam. Wrona pomruczał coś pod nosem i wziął mnie na barana, po czym każdy z nas poszedł do swoich pokoi. Gdy tylko przekroczył próg zrzucił mnie na łóżko i pochylił się nade mną. Delikatnie i namiętnie wpił się w moje usta. Uśmiechnęłam się pomiędzy pocałunkami, wiedziałam dokładnie po co to robi. Oderwał się i spojrzał mi prosto w oczy. Przygryzłam dolną wargę pod wpływem spojrzenia.
- Czemu to robisz? - wyszeptał w moje usta i nieziemsko się uśmiechnął.
- Ale co? - zapytałam zdezorientowana uśmiechając się przy tym - Ja nic nie robię.
- Musisz tak na mnie działać? - ponownie poczułam jego wargi na swoich. Całkowicie oddałam się pieszczocie i zapomniałam o Bożym świecie. Pomrukiwałam cicho z zadowolenia i wsunęłam dłoń w jego włosy. - Może zostaniemy? - wyszeptał i zaczął całować mnie po szyi. Zaśmiałam się, od początku wiedziałam co kombinuje.
- Nie, nie, nie Panie Wrona. - odsunęłam go od siebie - Idziemy na plażę. Czy Ci się to podoba czy nie. - cmoknęłam go w usta i wstałam. Chwyciłam z walizki strój kąpielowy i pognałam do łazienki, aby uniknąć morderczego spojrzenia Wrony.  Opłukałam ciało i ubrałam bikini. Na to naciągnęłam króciutkie spodenki i zwiewną bluzeczkę. Wyszczotkowałam zęby i doprowadziłam do ładu moje włosy. Efekt końcowy oceniłam w lustrze i gdy stwierdziłam, że tak mogę pokazać się ludziom, opuściłam pomieszczenie. Andrzej spakował potrzebne rzeczy i mogliśmy opuścić pokój. Z Wojciechem umówiliśmy się pod recepcją, wiec tam się udaliśmy. Środkowy oddał kluczyk recepcjonistce, która śliniła się na jego widok. Zaśmiałam się w duchu i usiadłam na fotelu, czekając na spóźnialskiego Włodarczyka.
- Niezła dupa co? - zapytałam przyjmującego, gdy zjawił się koło mnie. Spojrzał na mnie zdezorientowanym wzrokiem. Zaśmiałam się i kiwnęłam głową w stronę recepcji, gdzie tam Wrona urządził pogawędkę z recepcjonistką.
- Zajebista. - również się zaśmiał i zajął miejsce obok mnie - A tak na poważnie to nie idziesz do niego?
- Po co? - zmarszczyłam brwi i spojrzałam na Wojtka.
- No wiesz gada z inna dziewczyną, co na dodatek ślini się na jego widok. - rozjaśnił sytuacje. Zaśmiałam się ponownie i machnęłam ręką.
- Nie będę mu zabraniała zawierać znajomość. Jeśli jest wierny to nie mam co go kontrolować i tak to nic nie da. - powiedziałam i założyłam nogę na nogę. Przyjmujący spojrzał na mnie.
- Każda inna dziewczyna poszłaby i od razu jakoś odciągnęła, a ty mówisz mi takie rzeczy? - podniósł jedną brew do góry. Jak on to robi? Ja też tak chce!
- Tak - potwierdziłam jego przypuszczenia i wyjęłam telefon z zamiarem odwiedzenia portali społecznościowych. Dawno mnie tam nie było.
- Dziewczyno gdzie ty byłaś przez całe moje życie! - krzyknął, a ja wybuchłam śmiechem. Przejrzałam kilka już portali, ale na jednym zostałam na dłużej. Spojrzałam na zdjęcie moje i Andrzeja co zrobiła nam Olka, muszę przyznać, że wyszło naprawdę dobrze. Przewinęłam niżej, aby przeczytać trochę komentarzy. Ponownie wybuchłam śmiechem, ale tym razem był spowodowany niektórymi opiniami fanek. - Co Cię tak rozśmieszyło? - Włodarczyk przejrzał mi przez ramię w ekran telefonu.
- Postanowiłam przejrzeć wszystkie portale, bo dawno nie wchodziłam i natknęłam się na zdjęcie moje i Wrony, co sobie tą kostkę skręciłam. Zaczęłam czytać komentarze pod postem i to mnie tak rozbawiło. - zaśmiałam się - Jest kilka takich wiesz, żeby się podlizać. Coś w stylu " Ale słodko razem wyglądają", ale są też, które nieźle mnie obrażają.
- I z tego się śmiejesz? Że Cię ktoś obraża? - przerwał mi zdziwiony.
- Z tego też, ale bardziej z tego komentarza. - machnęłam ręką - Słuchaj : "Panie Andrzeju współczuje dziewczyny. Wygląda jak moja koza podczas srania" - zaczęłam się śmiać.
- Nadal nie rozumiem z czego się śmiejesz. Dziewczyna ewidentnie Cię obraziła, a ty jeszcze się z tego śmiejesz. - powiedział lekko zirytowany - Chyba zaraz sam wkroczę do akcji.
- No nie dasz mi dokończyć. - próbowałam opanować śmiech - Słuchaj dalej. Odpowiedź Oli "Spojrzałaś kiedyś w lustro? Nie? To uważaj, żeby nie pękło." Odpowiedź Andrzeja "Ja współczuje wzroku ;)" . - skończyłam czytać i spojrzałam na przyjmującego.
- No i co bronią Cie przecież, to chyba dobrze. - powiedział z rękoma w górze. Westchnęłam głęboko.
- Słuchałeś co ja czytam? - przytaknął - Kto normalny trzyma w domu kozę?! - wybuchłam niepohamowanym śmiechem. A Włodarczyk zaśmiał się i spojrzał na mnie z politowaniem. - No co? To jest trochę dziwne. - ze śmichem zaczęłam dalej czytać. Laska naprawdę mnie rozwaliła. Pewnie nie sądziła, że Wrona to przeczyta, bo w późniejszych komentarzach się tłumaczy co mnie jeszcze bardziej rozśmieszyło. Zjechałam na sam dół, a tam widniał komentarz Włodarczyka. "Trzymasz w domu kozy? Niezły musisz mieć smród. Fee!". Otarłam spod oka łzę śmiechu i spojrzałam na przyjaciela. - Serio? Ściągacz!
- Musiałem wybacz. - wyszczerzył się do mnie, co spotęgowało mój śmiech. Złapałam się za brzuch i kuliłam się ze śmiechu.
- Czemu do mnie nie przyszliście? - zjawił się Pan Wrona z oburzeniem na twarzy - Wysyłałem wam znaki, żebyście mnie uratowali. Ta laska jest jakaś dziwna. - wymachiwał rękoma - A tej co? - wskazał na mnie leżącą na podłodze.
- Koza - Włodarczyk zaczął się śmiać zostawiając w osłupieniu środkowego - No z tego komentarza się śmieje pod waszym zdjęciem. - wytłumaczył gdy już opanował śmiech. Wrona uniósł oczy w górę. Podniosłam się z podłogi otarłam łzy i podeszłam do Andrzeja.
- Wracając do tej recepcjonistki. Jak tam rozmowa? - poruszałam brwiami i łokciem uderzyłam go w bok.
- Czemu ja nie mogłem wybrać normalnej dziewczyny? Chociażby tą od kóz. - wzniósł ręce do nieba. Następny napad śmiechu z mojej strony. Siatkarze również się zaśmiali i ruszyliśmy w stronę plaży. Droga nie trwała długo, bo dosłownie pięć minut od hotelu. Odszukaliśmy jakieś wolne miejsce i rozłożyliśmy ręczniki. Zrzuciłam z siebie spodenki i bluzkę, po czym usiadłam na ręczniku. Chwyciłam krem z filtrem i pomału wsmarowałam go w ciało. Gdy zakończyłam tą czynność, położyłam się wygodnie na brzuchu. Przymknęłam oczy i cieszyłam się chwila relaksu. Chłopcy udali się pewnie do wody. Mnie to jakoś nie przekonywało. Czemu? Jest tylko jedna odpowiedź, a mianowicie panicznie boje się wody. Nikomu jeszcze na tyle ufam, aby wejść do wody. Nawet Mariusz, mój najlepszy przyjaciel, któremu mogę powiedzieć bez skrępowania wszystko, nie przekonał mnie do pływania. Owszem próbował, ale każda kończyła się fiaskiem, gdy tylko zanurzyłam się po kolana. Obróciłam się na plecy i założyłam okulary przeciw słoneczne. Pogrążyłam się w myślach. Zdecydowanie za szybko wszystko mija. Nim się obejrzałam, mam 20 lat, a w październiku zaczynam studia. Pamiętam przecież jak zaczynałam technikum, ten pierwszy dzień szkoły. Wtedy myślałam, że technikum weterynaryjne jest dla mnie. Niestety zmieniło się to w 2 klasie. Stwierdziłam, że minęłam się z powołaniem, że wolę pomagać ludziom. Oczywiście nie mam nic do zwierząt, kocham je, ale jednak dla mnie samej ważniejsze jest życie ludzkie. Wszystko potoczyło się tak, że za 4 miesiące zaczynam studia na bełchatowskiej uczelni. Czemu tam? Odpowiedź jest oczywista! Otóż moja mama jest nadopiekuńcza i jak tylko dowiedziała się, że idę na studia fizjoterapeutyczne, to od razu skierowała mnie w tamtą stronę. Uważała, że nikt inny nie ma na mnie takiego wpływu jak Mariusz. Nie odbyło się bez sprzeczki, bo miałam większe ambicje i plany. Nie po to tyle wkuwałam na maturę, aby teraz studiować w Bełchatowie. Ostatecznie i dla świętego spokoju ustąpiłam. No prawie... Wysłałam podanie do jeszcze jednej uczelni, a mianowicie w Krakowie. Tam gdzie nikt by mnie nie kontrolował. Wszystko zrobiłam po cichu i bez niczyjej wiedzy. Jeśli mnie przyjmą to postawie ich przed faktem dokonanym. Z zamyśleń wyrwała mnie cisza. Tak cisza. Dziwiło mnie to, że nie było nigdzie słychać wielkoludów. Usiadłam i przeleciałam wzrokiem po brzegu morza. Nigdzie ich nie widziałam. Wytężyłam wzrok bardziej i zmrużyłam oczy. Dojrzałam ich dopiero przy budce z lodami. Zaśmiałam się chicho założyłam na głowę czapkę Włodarczyka, gdyż czułam lekki ból spowodowany za długim siedzeniem na słońcu. Po krótkiej chwili pojawili się koło mnie siatkarze. Wrona podał mi wafelek z dwiema gałkami lodów truskawkowych. Uśmiechnęłam się w podziękowaniu i wzięłam się za konsumowanie.
- Gdzie moja czapka? - przyjmujący zaczął grzebać w plecaku, a gdy nie znalazł zguby spojrzał na mnie - Złodziej. - powiedział i ręką trzepnął w daszek, co spowodował, że czapka spadła mi na oczy.
- Też Cie lubię. - puściłam mu oczko.
Na plaży spędziliśmy dobre półtorej godziny. Byłoby więcej, ale Wrona chciał iść już na miasto, a poza tym ja nie chciał za długo przebywać na słońcu. Tak, więc ruszyliśmy do hotelu na obiad i przebrać się w wygodniejsze ciuszki. Gdy już się z tym uporaliśmy, mogliśmy iść pozwiedzać. Nie odbyło się bez kłótni, gdzie idziemy najpierw. Jako, że jestem kobietą to miałam prawo wyboru i tak właśnie spacerowym krokiem szliśmy po Art Deco. Malownicze widoki. Zrobiłam kilka zdjęć na pamiątkę. Następnym punktem było oceanarium Miami Seaquarium. Nie obyło się bez śmiechu. Nasza mała wycieczka skończyła się na jakimś mało ciekawym muzeum jak dla mnie. W hotelu padłam na łóżko nie mając siły kompletnie na nic. Nawet nie chciało mi się wstać na kolacje, no ale od czego jest Andrzej i mój wygrany zakład. Szybko zjadłam kolacje i nie czekając na wielkoludów poszłam do pokoju. Wpadłam do łazienki i szybki prysznic. O niczym innym nie marzyłam przez cały dzień. Odetchnęłam kiedy poczułam na sobie chłodną wodę. Umyłam dokładnie całe ciało, po czym ubrałam się i wyszłam z pomieszczenia. Chwyciłam laptopa i postanowiłam zadzwonić do Wlazłego.
- Hej. Jak tam żyjecie? - przywitałam się gdy tylko zobaczyłam twarz atakującego na ekranie.
- Witam! - uśmiechnął się - Po staremu. Lepiej opowiadaj jak tam w ciepłych krajach! - zażądał. No i zaczęłam opowiadać jaka tu pogoda, co zdążyliśmy zobaczyć i co najważniejsze jakie jest jedzenie, trzeba było przyznać, że jest znakomite! Pogadałam też z resztą rodzinki i Michałem, który ostrzegł mnie, że jak wrócę to skopie mi tyłek, a potem z nim wybiorę się na jakieś wakacje. Gdy zakończyłam połączenie, wyszłam na balkon i podziwiałam zachód słońca. Oparłam się łokciami o barierkę i wpatrywałam się w malowniczy krajobraz. Poczułam jak ktoś przytula się do moich pleców, a następnie składa na moim ramieniu pocałunek.
- Masz może ochotę na spacer? - usłyszałam nad swoim uchem szept środkowego. Uśmiechnęłam się pod nosem i kiwnęłam twierdząco głową. Chwile potem szliśmy brzegiem oceanu. Nasze ręce były ze sobą splecione. Między nami panowała cisza, ale nie ta niezręczna. Ta idealna. Nie potrzebowaliśmy słów, po prostu cieszyliśmy się sobą.
 - Kocham patrzeć jak się śmiejesz. Jak się na mnie złościsz i kiedy masz ochotę mnie pobić za moje wybryki. - przerwał nagle cisze i stanął naprzeciwko mnie. Wpatrywałam się w niego. Stał tak i wzrok miał wbity gdzieś za mną. - Uwielbiam twój cięty język. To jaka jesteś wredna i optymistyczna. Uwielbiam jak obracasz wszystko w żart, twoje poczucie humoru, to jak nie przejmujesz się opinią innych. Całą cię ubóstwiam. - ostatnie zdanie wyszeptał patrząc mi prosto w oczy. Stałam tam nie wiedząc co powiedzieć. Ze zdziwienia aż otworzyłam usta, ale nie wypłynęło z nich ani jedno słowo. - Przepraszam. Nie umiem mówić o uczuciach. Nie zdziwię się jak mnie wyśmiejesz. - powiedział po dłuższej chwili mojego milczenia. Bez wahania wpiłam mu się w usta. Czułam jak się uśmiecha.
- To było piękne. - wyszeptałam. Tylko na tyle było mnie stać. Nie umiałam mu powiedzieć tego samego. Nigdy nie mówiłam otwarcie o uczuciach.
- Kocham Cię. - dwa słowa wypłynęły z jego ust. Oparł swoje czoło o moje i patrzył mi prosto w oczy.
- Ja ciebie też. - po raz kolejny szepnęłam i poczułam jego miękkie wargi na swoich.

 * piosenka  "Dupą kręć" Stereotyp

Witam serdecznie. Dziś słodko i uroczo. Sielanka trwa, ale przecież wiecznie trwać nie będzie. :) Oddaje nowy rozdział. Komentujcie i oceniajcie.! 
Pozdrawiam serdecznie.
Black. 
Ps. Mogą pojawić się błędy!! Za co Was serdecznie przepraszam!!! 

czwartek, 24 grudnia 2015

Świątecznie i wesoło!

Kochani!
Życzę Wam dużo uśmiechu na twarzy, aby każdy dzień przynosił więcej sił w walce z codziennymi problemami. Spelnienia marzeń, milości i osoby, z którą możecie iść przez świat! Zdrowia i radości nawet z tych najmniejszych rzeczy! Spędźcie te święta w gronie zaufanych i kochających Was ludzi!
Pozdrawiam Black. :*

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Rozdział 22

Perspektywa Justyny
Ze snu wyrwał mnie dźwięk dzwoniącego telefonu. Wyswobodziłam się z ramion siatkarza i sięgnęłam po to cholerne urządzenie. Na zegarku, który znajdował się na szafce nocnej, widniała godzina wpół do ósmej. Ludzie to nie mają kiedy dzwonić - pomyślałam i odebrałam połączenie, nie patrząc kto dzwoni.
- Tak? - ziewnęłam do słuchawki
- O widzę, że nieźle Cię ta Wronka wymęczył. To już wiem czemu wczoraj nie zadzwoniłaś. - usłyszałam rozbawiony głos Ignaczaka, bo kogo innego o tej porze
- Za to Tobie, to chyba nie idzie w życiu łóżkowym, skoro o takiej porze dzwonisz - odgryzłam mu się i podniosłam się do pozy siedzącej
- Widzę, że Ci się żarciki z rana trzymają. - powiedział ironicznie - A teraz mów mi jak na spowiedzi.
- A co niby? - udałam zaskoczoną i ziewnęłam po raz drugi.
- Nie udawaj! Czemu, żeś mi nie powiedziała!
- Nie miałam jak i kiedy, wszystko się tak szybko potoczyło. - zaczęłam się tłumaczyć - A poza tym to sama nawet nie do końca wiem czy dobrze robię. - przyznałam i wstałam z łóżka, po czym po cichutku opuściłam pokój. Nie chciałam, aby Andrzej słyszał o tej rozmowie.
- Dziewczyno co Ty wygadujesz! - krzyknął do słuchawki, aż wzdrygnęłam - Nie gadaj takich głupot przecież widzę jak na siebie patrzycie.
- No niby tak, ale jednak się trochę boję. - podeszłam do drzwi balkonowych i otworzyłam je, po czym wyszłam i odetchnęłam świeżym powietrzem. Usłyszałam głębokie westchnięcie Ignaczaka.
- Oj młoda, powiedz mi czego się tak boisz? - zapytał. Usiadłam na chłodnych płytkach, a głowę oparłam o ścianę. Nienawidziłam takich pytań, nie umiem na nie odpowiadać, bo sama nawet nie znam odpowiedzi. - No odpowiesz mi?
- Nie wiem - westchnęłam. Krzysiek prychnął z politowaniem, co oznaczało, że będzie kazanie i to nie byle jakie.
- Jak sama nie wiesz to kto ma wiedzieć? Mam takie wrażenie, że robisz niepotrzebny problem. Wmawiasz sobie nie wiadomo co, a tak naprawdę jesteś w nim zabujana po uszy. Zdejmij w końcu te klapki z oczu i zacznij myśleć pozytywnie, bo Cię nie poznaję! Ja nie wiem, co się z Tobą dziewczyno porobiło! Po prostu Cię nie poznaję! - nastała cisza po obu stronach. Pewnie czeka co mu powiem, ale ja nie mam nic do powiedzenia w tej chwili. - Nic nie powiesz? - usłyszałam w słuchawce. Westchnęłam cicho i podniosłam się z ziemi.
- Nie - powiedziałam krótko i oparłam się o barierkę. Spojrzałam w dół i myślałam o tym co przed chwilą powiedział mi Ignaczak.
- Jak się namyślisz to daj znak. - przerwał ciszę i usłyszałam sygnał zakończonej rozmowy. Wzięłam głęboki oddech i powoli wypuszczałam powietrze z płuc. Doskonale wiedziałam, że ma racje, ale jak to ja nie przyznam się do tego. Mam za dużą dumę, jak na to. Usiadłam na rattanowym fotelu. Przymknęłam oczy, aby choć troszkę się zrelaksować. W głowię cały czas miałam słowa Krzyśka "Ja nie wiem, co się z Tobą dziewczyno porobiło!". Niemożliwe, żebym aż tak się zmieniła.
- Tu mi się schowałaś! - podskoczyłam wystraszona, gdy usłyszałam nagle Andrzeja. Uśmiechnęłam się do niego słabo i wstałam z fotela. Podeszłam do niego i spojrzałam mu głęboko w oczy. Miałam takie wrażenie, że z nich może coś wyczytam. - Co się tak patrzysz? - złapał mnie za biodra i przyciągnął bliżej - Stało się coś? - zapytał po dłuższej chwili, gdy nie odpowiadałam.
- Nie, nic - ocknęłam się i wymusiłam się na uśmiech. Wrona nie dawał jednak za wygraną. Usiadł na tym samym fotelu, co przed kilkoma minutami siedziałam ja. Złapał mnie za rękę i pociągnął tak, że wylądowałam mu okrakiem na kolanach.
- Mi wydaję się jednak, że coś się stało. - powiedział z troską i ręce położył na moich udach. Patrzył się na mnie wyczekująco.
- Wydaje Ci się - odparłam już lekko zmęczona tym przesłuchaniem i wtuliłam się w siatkarza. Dał za wygraną i nie pytał o nic więcej. Westchnął cicho i ucałował u czubek głowy. Biłam się z myślami. Nadal po głowie krążyły mi słowa Igły. Po prostu nie mogłam, aż tak się zmienić! - Andrzej? - powiedziałam niepewnie, przerywając ciszę. Wyprostowałam się, aby móc widzieć jego twarz. - Twoim zdaniem się zmieniłam? - zapytałam po dłuższej chwili
- Skąd te pytanie? - spojrzał na mnie podejrzliwie.
- Znikąd... - odpowiedziałam szybko - No to? - spojrzałam na niego wyczekując odpowiedzi.
- Trochę tak... - przyznał - Nie uśmiechasz się tak jak kiedyś. Coraz częściej chodzisz smutniejsza, taka zamyślona, jakby Cię coś dręczyło. Mam takie wrażenie, że wszyscy wokół wiedzą o co chodzi, a ja jako jedyny nie mogę poznać prawdy. - poprawił się na siedzeniu i chwycił mnie za dłonie - Powiesz mi w końcu o co chodzi? - zobaczyłam w jego oczach troskę. Nie mogłam mu powiedzieć jak jest. Nie teraz...
- Nie musisz się martwić - zapewniłam go dając krótkiego całusa. Wstałam i wyciągnęłam do niego rękę na znak, żebyśmy już weszli do środka. Spojrzał na mnie jak na idiotkę, owszem chwycił ja, ale tylko po to by z powrotem usadowić mnie na swoich kolanach.
- Masz mnie za idiotę? - zapytał z powagą i chwycił mój podbródek powodując to, iż byłam zmuszona spojrzeć w jego oczy. Pokiwałam tylko przecząco głową i spuściłam wzrok w dół. - To powiesz mi co się dzieje? - nie wiedziałam co mam mu powiedzieć. Wzięłam kilka głębszych wdechów i się przemogłam.
- Boję się po prostu. - wysapałam i schowałam głowę w zagłębieniu jego szyi.
- Czemu ja muszę Cię ciągnąć za język? Nie możesz mi od razu wszystkiego powiedzieć tylko bawisz się w jakieś podchody? Czego się boisz?- zapytał już najwyraźniej zirytowany całą tą sytuacją. Odchylił mnie tak, żeby móc zobaczyć moją twarz. Dobra Justyna i tak ta rozmowa musiała się kiedyś odbyć. Bierz się w garść Składanowska!
- Sama nie wiem. Coś mi mówi w środku, że to jest bez sensu, że i tak to nie wyjdzie i ucierpi na tym tylko nasza przyjaźń. - w jego oczach zobaczyłam zawód, ból może i smutek. Czekałam na jego reakcję.
- Czyli nie chcesz ze mną być? - zapytał zachrypniętym głosem
- Nie o to mi chodzi, że nie chcę z Tobą być. - wyszeptałam. Wstałam i podeszłam do barierki. Oparłam się o nią łokciami i przyglądałam się Warszawie.
- To o co? - stanął za mną i przytulił się do moich pleców. Brodę położył na czubku mojej głowy.
- Po prostu miałam już podobną sytuację. - zacisnęłam powieki na wspomnienie o Filipie. Obróciłam się twarzą do niego i w tuliłam się w jego klatkę piersiową. Objął mnie w pasie, aby dodać mi odwagi. - Pamiętasz Filipa? - zapytałam połykając łzy
- Pamiętam, zerwałaś z nim, bo powiedziałaś, że go nie kochasz. - oznajmił i przytulił mnie mocniej - Nie rozumiem, co ma to wspólnego? - spojrzał na mnie i wytarł pojedynczą łzę
- Filip na początku był moim przyjacielem, potem zamienił się w mojego chłopaka. Myślałam, że to będzie na zawsze, no wiesz wspólna przyszłość, za kilka lat rodzina. Skłamałam kiedy powiedziałam Wam, że zerwałam z nim dlatego, bo go nie kochałam. Zerwałam z nim, bo mnie zdradził. Rozumiesz? I może bym mu wybaczyła, ale zrobił to z moją przyjaciółką. Po tym zdarzeniu straciłam dwie ważne osoby. Wiedział o tym tylko Mariusz, tylko jemu potrafiłam to powiedzieć. - usiadłam i bez żadnych emocji wpatrywałam się tępo w ścianę - Między innymi dlatego się boję.
- Przecież ja Cię nie zdradzę. - kucnął przede mną i położył brodę na moje kolana - Wiesz o tym.
- Może nie tego, że mnie zdradzisz. Bardziej, że może stać się byle co i mogę Cię stracić. Całą przyjaźń, miłość. - spojrzałam na niego - Rozumiesz mnie?
- Chyba tak - wyszeptał - Ja taki nie jestem. nie musisz się bać, nie skrzywdzę Cię. Musiałbym być głupi, żeby to zrobić. - powiedział i przytulił mnie czule.
- Wiem, ale tak samo było z nim. - przygryzłam nerwowo wargę.
- A czy ja wyglądam jak Filip? - zapytał z lekkim uśmiechem i chwycił mój podbródek podnosząc go do góry, abym spojrzała w jego oczy.
- Nie - wydusiłam po długiej chwili
- Więc nie masz się czego bać. - stwierdził i pocałował mnie wpierw delikatnie, a gdy nie stawiałam oporu pogłębił go. Chwycił moja rękę nie przestając całować i podniósł mnie do pozy stojącej. Przycisnął mnie do ściany, jakby bał się, że zaraz mu ucieknę. Całował nieziemsko, aż kolana mi się uginały, żeby nie upaść, oplotłam ręce wokół jego karku. - Zaryzykujesz? - wysapał
- Już dawno zaryzykowałam - wyszeptałam i ponownie wpiłam się w jego wargi.

***

Nienawidzę lotnisk, samolotów, a zwłaszcza latania. Na samą myśl skręca mnie w żołądku! Mam taką niezmierną ochotę zostać tutaj w Polsce i jechać nad nasze piękne morze. Siedziałam właśnie sobie na tej przeklętej, niewygodnej, metalowej ławce z walizkami u boku i czekałam na tych dwóch wielkoludów, co mnie zostawili samą, bez bronną. W duchu wyzywałam tego co podał takie miejsce wyjazdu na wakacje. No już mogliśmy jechać nad te nasze bałtyckie morze!
- Zostawiliście mnie tu samą z tym wszystkim! - zaczęłam jak tylko się zjawili. Włodarczyk zachichotał, a Wrona usiadł niewzruszony moimi słowami. - Ej no! A gdyby mnie pobili i okradli? Też byście tak zareagowali?! - stanęłam naprzeciwko ich
- Nie złość się, złość piękności szkodzi. - powiedział Andrzej znad jakiś świstków. Pomruczał cos pod nosem i wstał - Dobra idziemy! - chciał złapać mnie za rękę, ale szybko chwyciłam walizkę i poszłam za Włodim. - Tak to się bawimy? Zobaczymy kto pierwszy do kogo przyjdzie. - powiedział mi na ucho, gdy do nas doszedł. Spojrzałam na niego z cwaniackim uśmieszkiem.
- Jeśli Ty przyjdziesz pierwszy przez cały pobyt nosisz mnie na barana, jak będziemy szli na śniadania, obiady i kolacje i jak będziemy wracali też. - wystawiłam w jego stronę prawą rękę i czekałam na przyjęcie zakładu
- Dobra, a jak Ty przyjdziesz pierwsza to podczas pobytu nie chcę słyszeć o zakupach. - chwycił moją dłoń - Wojtek przecinaj! - rozkazał, a przyjmujący tak tez zrobił - No to mam wolne od zakupów.
- Nie bądź taki do przodu. - zastopowałam jego marzenia - Z tego co wiem, koło mnie siedzi Wojciech, więc w samolocie to on będzie znosił moje męki. - uśmiechnęłam się do niego szeroko, a ten zdał sobie sprawę co go czeka. Po odprawie mogliśmy pójść do tego cholernego samolotu. Modliłam się tylko, aby lot minął szybko i bez różnych komplikacji. Gdy każdy zajął już swoje miejsca, samolot zaczął powolutku wznosić się nad ziemią. Wbiłam się w fotel i złapałam za rękę obok siedzącego mnie Włodarczyka. Zamknęłam oczy i czekałam, jak kapitan lotu powiadomi nas o tym, że znajdujemy się już na odpowiedniej wysokości.
- Już po wszystkim? - zapytałam dla pewności, chociaż przed chwileczką było zawiadomienie, że można spokojnie odpiąć pasy.
- Tak, możesz mnie już puścić. - usłyszałam rozbawiony głos przyjmującego. Przewróciłam oczami i sięgnęłam z mojej torby podręcznej książkę i zaczęłam ją nadzwyczajnie na świecie czytać. Po kilkunastu minutach jednak znużył mnie sen. Oparłam się o ramię Wojciecha i odpłynęłam. Jak się później okazało, cały lot przespałam! Jedyne co było z tego wszystkiego najgorsze to, że obudziłam się akurat wtedy kiedy lądowaliśmy. Nie odbyło się bez chichotów ze strony Włodarczyka, co skutkowało to tym, że wbijałam mu paznokcie w dłoń i wtedy jego mina nie była już taka zadowolona. Po całej tej ceregieli z walizkami, mogliśmy wezwać taksówkę i pojechać do hotelu. Niczym o innym nie marzyłam tylko o prysznicu i łóżeczku. Z Wroną cały czas utrzymywałam kontakt "migowy", co prawda rozmawialiśmy, ale każdy uważał na to, aby nie przegrać. po dotarciu na właściwe miejsce, Włodarczyk poszedł do recepcji i wypełniając jakieś świstki odebrał karty do pokoju. Jako, że ja z Andrzejem nie byliśmy parą, gdy rezerwowali pokoje, każdy miał swój oddzielny pokoik. Szczwany Wrona jednak wyrwał mi z ręki kartę do hotelowego pokoju i poszedł do recepcjonistki. Chwilę pogadał, poświrował pawiana i przyszedł z powrotem z jedną kartą.
- Jesteś niemożliwy - zaśmiałam się i weszliśmy do windy. Rozeszliśmy się do swoich pokoi i jako, że weszłam pierwsza, to zajęłam sobie łazienkę. Szybki i zimny prysznic - o niczym innym nie marzyłam przez cały lot! Specjalnie wyszłam z pomieszczenia w samym ręczniku, bo chciałam mieć już wygrana z głowy, a co innego może przyciągnąć mężczyzn jak nie dziewczyna na wpół naga.
- Wiem, że zrobiłaś to specjalnie, ale już nie mogłem się powstrzymać. - wyszeptał mi na ucho i objął mnie od tyłu. Zaczął całować odsłoniętą część mojej szyi.
- Przegrałeś. A teraz idź się myj, bo chcę iść na kolację - dałam mu przelotnego buziaka i siłą wepchnęłam do łazienki. Sama, zaś ubrałam się i wysuszyłam włosy. - No mój koniku! Idziemy! - powiedziałam, gdy tylko Andrzej wyszedł. Miny ludzi - bezcenne! Wielkolud niosący na plecach tak bez powodu Swoją dziewczynę.
- Stary żeś się wkopał! - zaśmiał się Wojciech, gdy tylko znaleźliśmy się koło stolika. Wrona westchnął tylko i zaczął opowiadać jak to przegrał zakład. Cała kolacja minęła tym, że rozmawialiśmy o planach na jutro i wspólnie uzgodniliśmy, że dzisiaj wieczór spędzimy w którymś pokoju oglądając filmy.

Krótki, o niczym. Taki zmaltretowany, po to, aby był przed świętami! Taki o, żeby był! Hahaha :D A tak teraz na serio, to dodaję go teraz, bo jak znam życie napisałabym po sylwestrze, a nawet jeszcze później.
W rozdziale mogą znaleźć się śladowe ilości błędów!!!
Pozdrawiam serdecznie! Black. :*

sobota, 28 listopada 2015

Rozdział 21

Otworzyłam oczy, aby zobaczyć gdzie się znajdujemy. Nie rozpoznając okolicy, spojrzałam ze zdziwieniem na Andrzeja.
- Gdzie jesteśmy? - zapytałam rozciągając moje obolałe plecy - Strasznie niewygodny ten fotel - dodałam szeptem z krzywą miną.
- Za 10 min będziemy. - odpowiedział uważnie patrząc na drogę, po czym skręcił w lewo. Wyprostowałam się lekko zestresowana, co nie przeszło uwadze siatkarza. - I czym Ty się stresujesz? - zapytał z rozbawieniem
- Sama nie wiem - przyznałam - Tak jakoś się dziwnie czuję, zawsze przyjeżdżałam do Twoich rodziców jako Twoja znajoma.
- Pomyśl, że jedziesz jako moja znajoma - złapał mnie za rękę, po czym dodał - Tylko taka bardzo bliska - uśmiechnęłam się na te słowa.
- Jakiej spodziewasz się reakcji? - zapytałam zmieniając temat
- Raczej wesołej, zawsze Cię wielbili, więc nie sądzę, żeby nie byli zadowoleni. - odpowiedział z uśmiechem - Nie masz powodu się bać - zaśmiał się
- Przecież się nie boje - powiedziałam z nutką irytacji. Wrona podsumował to krótkim śmiechem i wjechał w długą uliczkę domków jednorodzinnych. Cała ulica była zapełniona takimi samymi domkami, jakby je z klonowano. Kompletnie niczym się nie różniły. Nie raz zastanawiałam się czemu nikt nie zmieni elewacji czy choćby czegoś innego, żeby się wyróżnić z tłumu. Westchnęłam tylko i chwyciłam telefon, gdyż ktoś do mnie dzwonił. Na wyświetlaczu widniała twarz Ignaczaka, doskonale wiedziałam po co dzwoni.
- Nie odbierzesz? - spytał mój towarzysz
- Nie mam teraz głowy do wszelakich pytań i pretensji typu "Czemu nic nie powiedziałam" - przyznałam i przesunęłam palcem po ekranie, aby się rozłączyć. Jak się okazało nie tylko Krzysiek dzwonił, bo też Wlazły i Kubiak. Każdemu wysłałam sms, że nie mogę teraz rozmawiać. Po niespełna trzydziestu sekundach dostałam odpowiedzi od wszystkich trzech.
Od Igły: 
 "Dobrze! Tak to się teraz odbywa?! Rozumiem, że Wrona ważniejszy! To koniec nie masz nawet po co dzwonić! Hahaha :D" 
"Uff, już myślałam, że nie zrozumiesz :D Jakoś przeżyje :* 
Ps. I tak zadzwonię :*"
Od Mariusza: 
"Dobra, dobra nie przeszkadzam. Tylko pamiętajcie o zabezpieczeniu! :*"
"Właśnie bym zapomniała! Dziękuję Ci bardzo!"
Od Michała: 
"Zadzwoń tylko wieczorem! Jak nie to..."
"To?"
"Ja zadzwonię Hahaha :D"
"To dobrze! Nie będę musiała kasy marnować :*"
- Co ty tak się szczerzysz do tego telefonu? - zapytał Wrona i zaparkował pod jednym z domków - Mam być zazdrosny?
- Bo te głupki wymyślają niestworzone historie! - zaczęłam się śmiać - A co do tego drugiego to... - zbliżyłam swoją twarz do jego - słodko wyglądasz, gdy jesteś zazdrosny - wyszeptałam w jego usta i złożyłam na nich delikatny pocałunek. - To jak? Idziemy? Chcę mieć to już za sobą.
- Jak Pani sobie życzy - wyszeptał słodko i wyszedł z auta, okrążył go i otworzył mi drzwi, abym wyszła. Chwycił mnie za rękę i razem szliśmy chodniczkiem, który prowadził do domu rodziców Andrzeja. Gdy ustaliśmy przed drzwiami siatkarz zadzwonił dzwonkiem. Słychać było czyjeś kroki, mocniej ścisnęłam rękę Wrony, ten tylko cicho się zaśmiał. Drzwi się otworzyły, a za nimi stał Pan Tomasz. 
- Andrzej! - ojciec przytulił syna - Jaka miła niespodzianka! 
- Witaj tato! - powiedział Andrzej i mocniej wtulił się w ojca. Stałam tak z boku i przyglądałam się temu słodkiemu obrazkowi, aż się łezka w oku kręci. 
- Witaj Justynko! - przywitał mnie pan Tomasz i również przytulił - Dawno, żeśmy się nie widzieliśmy - zaśmiał się
- Dzień dobry. - odwzajemniłam uścisk - Oj dawno, dawno. Trzeba będzie nadrobić stracony czas.
- Oj trzeba będzie! Wchodźcie do środka, nie będziemy przecież stać tak w drzwiach. - powiedział i przepuścił nas, abyśmy weszli. W korytarzu zdjęliśmy buty, po czym przeszliśmy do salonu, gdzie tam siedziała pani Joanna. - Patrz Asiu kto nas odwiedził. - mama Andrzeja oderwała wzrok od książki i spojrzała w naszą stronę.
- Synku! - uradowana wstała - Miło Cię widzieć!
- Ciebie też mamusiu! - przytulił ją czule.
- Ciebie Justynko też miło widzieć. - przytuliła i mnie - To ja pójdę zrobię coś do picia. Czego się napijecie?
- Kawy - siatkarz odpowiedział za nas dwoje i rozsiadł się z panem Tomkiem na sofie. Głupio mi było tak siedzieć, więc postanowiłam pomóc pani Asi.
- To ja pomogę - poszłam za panią domu do kuchni
- Dziękuję, Ty to jednak nie umiesz wysiedzieć w miejscu. - uśmiechnęła się czule w moją stronę i wstawiła wodę w czajniku - Pokroisz ciasto? Jest w lodówce. - kiwnęłam głową i zabrałam się za krojenie ciasta,w tym samym czasie gawędziłam z mama Wroniastego. Gdy już wszystko było gotowe, wzięłam tackę z czterem szklankami kawy i talerzykami, a pani Asia talerz z ciastem. Postawiłyśmy to wszystko w salonie na stoliku. Rozłożyłam talerzyki i podałam każdemu kawę, po czym usiadłam koło Andrzeja. - Zapomniałam o łyżeczkach!
- Ja pójdę - zaoferowałam i wstałam z sofy. Po krótkiej chwili byłam z powrotem z czterema łyżeczkami do ciasta. - Proszę bardzo.
- Dziękuję Ci bardzo złotko - powiedziała mama Andrzeja. Jak zwykle zaczęła się gadka szmatka. Typowe opowiadania co się dotychczasowo działo.Wrona nie zapomniał wspomnieć o mojej nodze i dopowiedzieć jeszcze jaka to ze mnie niezdara. Oczywiście nie zabrakło też przeróżnych historyjek pana Tomasza, które każdy słyszał już setki razy, ale i tak za każdym razem śmieszyły tak samo. Właśnie w tym czasie, gdy pan Tomek opowiadał jedną z najciekawszych i moich ulubionych historyjek, Wrona przeszkodził, mówiąc, że ma coś ważnego do powiedzenia. Domyślałam się o co mu chodzi, ale chciałam, żeby jeszcze trochę poczekał z powiedzeniem o nas.
- Poczekaj niech pan Tomek dokończy, bardzo lubię tą historię. - powiedziałam ze śmiechem i popatrzyłam w stronę pana Tomasza, ten puścił mi oczko i wznowił swą opowieść. Andrzej westchnął z uśmiechem i popatrzył na mnie rozbawiony. Chyba zrozumiał co miałam na myśli. Niestety historia taty Andrzeja dobiegała końca.
- I kiedy Franek przyjechał my zdążyliśmy już opróżnić butelkę. - dokończył i razem zaczęliśmy się śmiać. Pani Asia patrzyła tylko na nas z uśmiechem na twarzy, a Andrzej, który nie mógł się doczekać końca, spojrzał na mnie i uśmiechnął się cwaniacko. - No Andrzej teraz możesz ogłosić ta wiadomość. - spojrzałam na Wronę i przełknęłam ślinę, sama nie wiem czego się tak bałam. Niby znałam ich już trochę, ale i tak mały stres mnie złapał. W międzyczasie mama Andrzeja zaczęła sprzątać ze stolika, chciałam jej pomóc, ale powiedział, że już dość pomogłam i mam odpoczywać, zwłaszcza z tą nogą.
- Mam dziewczynę - oznajmił i miał jeszcze coś powiedzieć , ale jego tata mu przerwał
- To świetnie, chętnie ją poznam - powiedział z takim dziwnie udawanym szczęściem, jakby tak na prawdę nie cieszył się z tego - Mam nadzieję, że jest choć trochę fajna tak jak Justyna - po tych słowach, Andrzej się zaśmiał, a ja czułam jak się rumienię - No co prawdę mówię.
- Zgadzam się z ojcem - przytaknęła mu żona - Takiej dziewczyny to ze świecą szukać. - jeszcze bardziej się zarumieniłam. Nie lubię jak ktoś mi prawi komplementy.
- Nie dałeś mi dokończyć - powiedział ze śmiechem siatkarz - Bo to właśnie Justyna jest moją drugą połówką - dokończył. Rodzice spojrzeli po sobie uradowani i przytulili siebie nawzajem. Popatrzyłam zdziwiona na Andrzeja, a ten na mnie. Takiej reakcji to ja się nie spodziewałam.
- W końcu się doczekaliśmy! - powiedziała pani Asia i przytuliła nas w tym samym czasie, po czym na ucałowała. Odetchnęłam z ulgą, nie potrzebnie się tak stresowałam - Ile ja to się modliłam, aby nadszedł taki dzień! - zaśmiałam się razem z Andrzejem.
- Cóż ja mogę powiedzieć? - zapytał uradowany pan Tomasz - Szczęścia wam życzę i pamiętaj Andrzej jak ją skrzywdzisz to Cię wydziedziczę! - pogroził mu, po czym przytulił nas obojga
- Nie martw się tato. Za długo na to pracowałem - spojrzał na mnie tym swoim przepięknym spojrzeniem. Uśmiechnęłam się do niego i puściłam oczko.
- No to trzeba to uczcić! - Powiedział szczęśliwy pan Tomasz i podszedł do szafki z przeróżną wódeczką, od kolorowej, aż po samą czystą. Uwielbiałam jak starszy Wrona otwiera tą szafeczkę, zatarłam uradowana ręce i rozsiadła się wygodnie na sofie. Siatkarz widząc moje zachowanie, zachichotał.
- Może innym razem tato - powiedział, spojrzałam na niego jak na idiotę - Za niedługo musimy się zbierać.
- Tak szybko? - zapytał zdziwiony - Myślałem, że zostajecie na noc.
- Przepraszam, po jutrze mamy wylot i musimy jeszcze kilka spraw załatwić. - wstał i czekał na mój ruch - Obiecuję, że jak wrócimy to przyjedziemy na dłużej.
- To chociaż na kolację zostańcie - poprosiła pani Asia. Wrona chciał już coś powiedzieć, ale mu przeszkodziłam
- Pewnie, że zostaniemy! - uśmiechnęłam się do matki Andrzeja - Mało tego, ja zrobię kolację - Wrona spojrzał na mnie zaskoczony, a mama Wroniastego zapewne chciała zaprzeczyć - Od razu mówię, że nie słyszę odmowy. Mało Pani spędza czasu z synem, więc teraz jest okazja. - puściłam oczko siatkarzowi i pognałam do kuchni. Tak, na prawdę to nie wiedziałam co mam zrobić, więc najpierw postanowiłam poszperać w szafkach i lodówce.

Perspektywa Andrzeja 
- Zwariowana dziewczyna - westchnęła ze śmiechem mama i usiadła koło mnie wygodnie, a tata rozsiadła się na fotelu naprzeciwko
- Za to jaka kochana - uśmiechnąłem się i objąłem mamę ramieniem - Cały czas rozmawialiśmy o nas, to teraz powiedzcie co u was.
- Po staremu - zaśmiał się ojciec - Nie ma co mówić.
- Na pewno się coś znajdzie - puściłem oczko i czekałem na to jak się rozgadają. Zawsze tak było, że trzeba było ich zachęcać do gadania, ale jak już się rozgadali to nie było szans ich zatrzymać. Było i tym razem, zaczęli opowiadać różne historię.
- Właśnie co do sąsiadów - odezwała się mama - To Martyna wróciła - po tych słowach zamarłem.
- Wróciła? - zapytałem szeptem z niedowierzaniem, wszystko wróciło. Wspólne spędzony czas, zabawny na boisku, radość z każdej chwili, ale najbardziej nie chciałem przypominać tamtego dnia. Momentalnie zacisnąłem dłonie w pięści. - I co z tego, ze wróciła? - zapytałem szorstko
- Myślałam, że się ucieszysz. - powiedziała skruszona
- Niby z czego? - wstałem - Z tego jak mnie potraktowała? Nie muszę Wam przypominać co się stało? - zacząłem nerwowo wymachiwać rękoma
- Nie musisz - powiedział szeptem tata - Rozumiem Twoje zachowanie, ale uspokój się i usiądź - wykonałem prośbę ojca i znów siedziałem koło mamy - Była tutaj i pytała o Ciebie, zostawiła...
- Nie chcę o tym słyszeć! - nie wytrzymałem, wstałem i skierowałem się do drzwi wyjściowych. W korytarzu ubrałem buty i wyszedłem. Musiałem się przewietrzyć, szedłem tak wzdłuż uliczki, co rusz odpowiadając sąsiadom na przywitania. W pewnym momencie ujrzałem ją, nic się nie zmieniła. Blond długie włosy, szczupła sylwetka, taka sama jak kilka lat temu. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, oderwałem wzrok i poszedłem dalej. Szybkim krokiem dotarłem do domu. Przy drzwiach wziąłem głęboki oddech i wszedłem do środka. Zdjąłem buty i przeszedłem do salonu. Przeprosiłem rodziców za moje zachowanie i usiadłem. Zaraz potem Justyna przyszła z kolacją i razem zajadaliśmy się pysznym daniem, zrobionym przez moją ukochaną. Reszta wieczoru minęła w już nie takiej atmosferze co była na początku. Widziałem, ze Justyna coś podejrzewa, ale o nic nie pytała, nawet to i dobrze.
- Bawcie się dobrze i uważajcie na siebie. - powiedziała mama kiedy się żegnaliśmy. Dała każdemu buziaka w polik i przytuliła - Justyna pilnuj mi go tam!
- Nie ma sprawy - zaśmiała się i podeszła do mojego taty - Dowiedzenia Panie Tomku, mam nadzieję, że następnym razem uda nam się co nieco z tej szafeczki upić - zaśmiała się i przytuliła go na pożegnanie
- Oj, też mam taką nadzieję! - odpowiedział uradowany - No syneczku, trzymaj się tam w tym wielkim świecie i nie zapomnij o starym ojcu.
- Jakim starym? - zaśmiałem się i także przytuliłem. Po jakże długim pożegnaniu, wyszliśmy z domu rodziców. Chwyciłem Justynę za rękę i tak szliśmy w kierunku samochodu, gdy już staliśmy przed drzwiami pasażera, oparłem się o nie i przyciągnąłem dziewczynę do siebie, tak, że stykaliśmy się czołami. Parzyłem to na oczy, a to na usta. Przygryzła seksownie dolną wargę i wpiła mi się w usta. Z sekundy na sekundę pocałunek stawał się co raz namiętny. Swoje ręce z jej szyi sunąłem wzdłuż pleców, aby zatrzymać się na biodrach. Przycisnąłem ją jeszcze bardziej do siebie, za to ona położyła swoje ręce na moim karku i delikatnie drażniła paznokciami moją skórę. Oderwaliśmy się od siebie dopiero wtedy, gdy zabrakło nam powietrza. Spojrzała na mnie zalotnie i wsiadła do samochodu. Uśmiechnąłem się sam do siebie, po czym wsiadłem od strony kierowcy. - Nie było tak źle -  zaśmiałem się
- Sama nie wiem czego się tak bałam - również się zaśmiała
- A jednak się bałaś! - spostrzegłem na jej twarzy nikły uśmiech
- Co ty wygadujesz? - udawała głupią - Lepiej już jedźmy, bo z tego zmęczenia jakieś głupoty gadasz. - westchnąłem i odpaliłem silnik. Justyna uśmiechnęła się triumfalnie i oparła się wygodnie o fotel. Skupiłem się na drodze, aby bezpiecznie dotrzeć na miejsce. 
Po niespełna 25 minut byliśmy pod blokiem Oli. Zaparkowałem samochód na parkingu i wysiadłem z auta, po czym otworzyłem drzwi od strony pasażera. Delikatnie, aby jej nie zbudzić, wziąłem ją na ręce. Nogą zamknąłem drzwi, a potem kluczykiem cały samochód. 
- Za dobrze ze mną masz, za dobrze - wymruczałem sam do siebie i podreptałem do mieszkania. Gdy znalazłem się już w środku, położyłem dziewczynę na łóżku i przykryłem. Pocałowałem w czoło i wyszedłem wziąć szybki prysznic. W drodze powrotnej do pokoju wstąpiłem jeszcze do kuchni po coś do picia, gdzie tam spotkałem Karola.
- I jak tam spotkanie z rodzinką? - zapytał z uśmiechem i wskazał na krzesło, abym usiadł 
- Byłoby wyśmienicie, gdyby nie jedna rzecz - uśmiechnąłem się krzywo, przyjaciel spojrzał na mnie z zaciekawieniem
- A mianowicie? 
- Martyna wróciła do Polski - reakcja Karola niczym nie różniła się od mojej. Siedział tak zapatrzony w jeden punkt. 
- Widziałeś ją? - zapytał po chwili - Rozmawiałeś?
- Widzieć, widziałem - odparłem bez emocji - Ale nie rozmawiałem, nie miałbym nawet o czym.
- Racja - przyznał i wstał - Nie ma co, czas iść spać. Dobranoc - powiedział i nie czekając na odpowiedź, wyszedł. Widać było, że też nie chce o tym rozmawiać. Zgasiłem światło i ruszyłem do pokoju, gdzie spała Justyna. Położyłem się koło niej, a ta momentalnie w tuliła się we mnie. Objąłem ją ramieniem i powiedziałem ciche Kocham Cię, ucałowałem ją w czoło i próbowałem zasnąć. Po kilku minutach odpłynąłem do krainy Morfeusza. 


 Ten rozdział jest dedykowany wszystkim tym, którzy są nadal ze mną.
Cieszę się, że ktoś to czyta i mam nadzieję, ze będzie Was więcej.
Po raz pierwszy jestem zadowolona z tego co napisałam.
Co prawda nie jest to wszystko co chciałam tu umieścić, ale nie jest najgorzej!
No to teraz czekam na krytykę, komplementy itp. Piszcie co Wam się podoba, a co nie. Przyjmę wszystko na klatę! Hahah :D 
Pozdrawiam serdecznie Black. 

niedziela, 15 listopada 2015

Rozdział 20

- Idź przymierz jeszcze to. - Ola podała mi czerwoną sukienkę. Zrezygnowana i zmęczona wzięłam to co mi dała Dudzicka i poszłam z powrotem do przymierzalni. Po chwili wyszłam z malutkiego pomieszczenia i pokazałam się przyjaciółce.
- I jak? - zapytałam z uśmiechem i obróciłam się wokół własnej osi
- Wyglądasz ślicznie - wydukała i kazała mi jeszcze raz się obrócić - Wrona padnie jak Cię zobaczy! - uśmiechnęłam się na te słowa i weszłam z powrotem do przymierzalni, gdzie tam przebrałam się w swoje ubrania. Następnie razem z blondynką wyszłam ze sklepu uprzednio płacąc za wzięte rzeczy.
- To co idziemy coś zjeść? - zapytała, gdy przechodziłyśmy obok knajpki
- Nie, jedźmy już... - odpowiedziałam zmęczona - Już nigdy więcej nie idę z Tobą na zakupy!
- Zawsze tak mówisz, a później "Ola pojedź ze mną na zakupy proszę!" - udawała mój głos
- Ej! Wcale nie mam takiego głosu! - zaczęłyśmy się śmiać - Wracajmy do mieszkania. - powiedziałam, gdy przestałyśmy się śmiać. Ola twierdząco pokiwała głową i swoje kroki skierowałyśmy w stronę ruchomych schodów, które prowadzą na podziemny parking. Pochłonięta rozmową z Dudzicką, nie spojrzałam, jak stanęłam na jeszcze płaskim schodku, a mianowicie na linii dzielącej od siebie schodki i gdy zjeżdżałyśmy w dół, moja noga ześlizgnęła się ze schodka. Usłyszałam chrupnięcie i poczułam nieprzyjemny ból w kostce. Syknęłam z bólu, a Ola zdążyła mnie uchronić przed upadkiem.
- Nic Ci nie jest? - zapytała z troską
- Chyba nie - podniosłam nogę i poczekałam, aż zjedziemy na sam dół, żebym mogła zobaczyć co się stało z kostką. Gdy dotarłyśmy, postawiłam nogę i ponownie syknęłam z bólu.
- Widać, że coś jest z nią nie tak. Pojedźmy do lekarza. - zaproponowała przyjaciółka i złapała mnie pod ramię
- Nie, jest w porządku. Trochę będę utykać, ale to nic. - uśmiechnęłam się krzywo i spróbowałam przejść kawałek do samochodu. Jakoś, bo jakoś dotarłam do auta. Ola otworzyła mi drzwi od strony pasażera i pomogła mi usiąść na fotelu. Zamknęła drzwi i po chwili siedziała na miejscu kierowcy. Odpaliła silnik i kierowała się w stronę mieszkania. Ja za to zdjęłam buta, jak oczekiwałam była spuchnięta. Bardzo głęboko westchnęłam, co nie przeszło uwadze blondynki.
- Spuchnięta? - bardziej stwierdziła niż zapytała
- Taa... Głupie ruchome schody.
- Nie zwalaj na schody. To Twoja wina, że nie umiesz postawić nogi w odpowiednim miejscu - zaśmiała się, a ja ponownie westchnęłam. Ja to mam jednak szczęście. Po kilkunastu minutach byłyśmy na miejscu.
- No to jesteśmy. - zadeklarowała, a ja wyciągnęłam telefon, aby zadzwonić po Andrzeja. wybrałam numer i czekałam, aż odbierze. Po kilku sygnałach odebrał.
- Tak? - usłyszałam męski głos
- Andrzej zejdź na dół, pod blok jakbyś mógł - powiedziałam słodko i czekałam na to co powie
- Coś się stało? - zapytał troskliwie
- Jak zejdziesz to się dowiesz.
- To już lecę - powiedział i się rozłączył. Ola spojrzała na mnie z rozbawieniem.
- I czego się śmiejesz? Mi się takie nieszczęście przydarzyło, a ty co? - zapytałam również ze śmiechem
- Wiesz patrząc z mojej perspektywy to jest śmieszne - zaczęła się śmiać - Pierwszy raz spotykam się z czymś takim - dołączyłam do niej. Przyjaciółka wyszła z samochodu i okrążając go, otworzyła drzwi od mojej strony. - Toś się załatwiła dziewucho - znów zaczęła się śmiać
- Przestań już no! - rzuciłam w nią butem, a ta jeszcze bardziej się śmiała.
- Co tu się dzieje? - usłyszałyśmy głos Andrzeja, który stanął obok Oli. - Coś ty zrobiła?! - zapytał wskazując na moją kostkę
- Nic poważnego - machnęłam ręką i próbowałam wstać
- Właśnie widzę - powiedział z irytacją i pomógł mi wyjść z auta. Po czym wziął mnie na ręce i kierował się w stronę mieszkania. Podniosłam wzrok wyżej, aby zobaczyć wyraz twarzy Andrzeja. Po niej mogłam wywnioskować, że jest zły, więc postanowiłam to załagodzić.
- Jesteś zły? - szepnęłam mu słodko i niewinnie na ucho. Westchnął tylko, ale na jego twarzy pojawił się mały uśmiech.
- Nie, nie jestem - odpowiedział i wcisnął guzik "wołający" windę - Jak Ty to w ogóle zrobiłaś?
- Nie powiem, bo będziesz się śmiał - schowałam głowę w jego tors i usłyszałam cichy śmiech siatkarza. Uśmiechnęłam się i bardziej wtuliłam się w klatkę piersiową Andrzeja. Gdy winda się otworzyła Wrona wszedł do środka i wcisnął guzik z numerem 7. Drzwi miały się już zamknąć, ale przeszkodziła im damska dłoń, jak się później okazało, była to dłoń Oli. Weszła do środka i położyła wszystkie torby na podłogę. Uniosłam głowę, aby spojrzeć na Wroniastego, a ten w tym samym czasie spojrzał w dół na mnie. Uwielbiam patrzeć w jego bladoniebieskie tęczówki. Zawsze mnie hipnotyzują. Sama nawet nie wiem kiedy, złączył nasze usta. Po krótkiej chwili usłyszeliśmy dźwięk robionego zdjęcia. Spojrzałam zdezorientowana na blondynkę.
- No co? Słodko wyglądaliście. - przyznała i zaczęła stukać coś w telefonie - A to jest za to, że mi nie powiedziałaś! - dodała z oburzeniem.
- Co zrobiłaś? - próbowałam odebrać jej telefon, ale Andrzej mnie trzymał, a Ola schowała szybko komórkę do torebki. Spojrzałam złowieszczo na blondynkę.
- Policzmy się później - powiedziałam i usłyszeliśmy dźwięk oznajmujący, że winda dotarła na właściwe piętro. Wrona wyszedł ze mną z windy, a Ola za nami  Przeszedł kilka kroków i stał już przed drzwiami mieszkania. Zadzwoniłam dzwonkiem, aby nam otworzyli, ponieważ każdy miał zajęte ręce. Za drzwi było słychać kroki i głos, jak się nie myle Karola.
- Toć macie klucze! Po co mam Wam... - otworzył drzwi i patrzył na nas ze zdziwieniem. Ola nie udzielając wyjaśnień weszła do środka, a Wrona wraz ze mną za nią. Położył mnie delikatnie na sofie w salonie.
- No to teraz opowiadaj! - rozkazał i usiadł na przeciwko mnie.
- No, bo to przez te głupie schody. - zaczęłam, ale wpadł Włodarczyk
- Ej Justyna to prawda, że skręciłaś kostkę na ruchomych schodach? - zapytał z rozbawieniem, a gdy zobaczył moja nogę to wybuch śmiechem - A jednak to prawda
- To nie jest śmieszne! - rzuciłam w niego poduszką -  Tak w ogóle to skąd to wiesz?
- Z Instagrama - odpowiedział z takim tonem jakby to było oczywiste - Na profilu Oli było zdjęcie Twoje i Andrzeja, jak się całujecie, a pod postem krótki opis.
- Olaaa! Nie żyjesz! - krzyknęłam i poderwałam się z sofy, ale Wrona posadził mnie na nią z powrotem - Dorwę Cię jeszcze Dudzicka!
- To za to, że mi nie powiedziałaś! - usłyszałam jej głos z kuchni. Siatkarze przyglądali się tej całej sytuacji ze śmiechem. - Masz tu lód ciamajdo - zaśmiała się i przyłożyła ścierkę do opuchlizny. W czasie mrożenia mojej kostki, opowiedziałam o całym zdarzeniu w galerii. Nieuniknione były śmiechy i komentarze moich jakże cudownych przyjaciół. Gdy opuchlizna już trochę zeszła, zdjęłam już prawie roztopiony lód.
- Nie jest tak źle - odezwał się Karol oglądając nogę - Nie jest sina, więc jest dobrze. - oznajmił i poszedł do przedpokoju, aby potem przyjść z bandażem elastycznym i kremem. Posmarował, a następnie owinął mi starannie kostkę. Każdy przyglądał mu się z uwagą.
- Dziękuję - uśmiechnęłam się do niego, gdy skończył. Po czym spróbowałam wstać i trochę rozruszać nogę. Nie sprawiało mi to już takiej wielkiej trudności jak na początku. - No! To teraz idziemy jeść. - powiedziałam zacierając ręce. Wszyscy zaczęli się śmiać i poszliśmy do kuchni. Tam Ola zaczęła przygotowywać obiad.
- To co robimy na obiad? - zapytałam chcąc pomóc
- Co ja robię. Ty idziesz leżeć i nie przemęczać nogi. - odpowiedziała i zaczęła kroić marchew
- No, ale... - chciałam coś powiedzieć lecz mój ukochany mnie wyprzedził
- Nie ma żadnego "ale". Siadaj i nie przemęczaj nogi. - rozkazał pokazując krzesło obok siebie. Westchnęłam głęboko i zrezygnowana usiadłam, więc przy stole z chłopakami. Ola zaśmiała się cicho, ale na tyle, że usłyszałam.
- Właśnie, czemu nic nie powiedzieliście, że jesteście razem? - wypalił nagle Karol. Spojrzeliśmy się z Andrzejem po sobie.
- Sami nie wiemy czemu, tak jakoś. - odpowiedział Wrona - Z resztą nie było na to czasu. - powiedział i zmienił temat.
Po zjedzonym już posiłku każdy zajął się sobą. Ja poszłam, a raczej dokuśtykałam się do mojego tymczasowego pokoju i padłam twarzą na łóżko. Miałam na celu troszkę się zdrzemnąć, ale jak zwykle ktoś pokrzyżował mi plany. Usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi, a zaraz po tym ten ktoś przytulił się do moich pleców.
- Zmęczona? - wymruczał mi do ucha - Bo jak nie to... - zaczął całować mnie po karku
- To? - odwróciłam się do niego przodem, a ten złączył nasze usta. Po chwili jednak oderwałam się od niego i czekałam na odpowiedź.
- To pomyślałem, że pojedziesz ze mną do moich rodziców - wyszczerzył się
- Nie wiem czy to jest dobry pomysł. Z tą nogą to daleko to się nie wybiorę. Nawet nie wiem czy do Miami pojadę - skrzywiłam się na tą myśl
- Przestań! Nie jest tak źle przecież. - powiedział i mnie przytulił. Wtuliłam się bardziej w jego tors. - To jak?
- No już pojadę - uśmiechnęłam się i wstałam z łóżka - No Panie Wrona wstawaj! - rzuciłam w niego poduszką
- Jeszcze czas - wymamrotał i obrócił się do mnie plecami
- O nie! Tak to my się bawić nie będziemy. Liczę do trzech i idę po wodę. Raz.... Dwa.... - byłam gotowa do pójścia po wodę - Trzy!
- Dobra! - wstał jak opatrzony. Przytaknęłam mu i wyszłam do łazienki troszkę się ogarnąć. Po niespełna 15 minutach byłam z powrotem. Przebrałam się jeszcze w bardziej eleganckie ciuszki i byłam gotowa. Pokuśtykałam do salonu i tam poczekałam na Wronę.
- Możemy już jechać. - wszedł do salonu i pomógł mi wstać z kanapy - Włodi biorę Twoje auto! - krzyknął i wyszliśmy z mieszkania. Trzymając się za ręce przebyliśmy drogę do samochodu. Andrzej jak na dżentelmena przystało, otworzył mi drzwi, a potem okrążając auto wsiadł od strony kierowcy. W Warszawie jak to w Warszawie, bez korków nie istnieje. Także, gdy tylko wyjechaliśmy spod bloku wpakowaliśmy się w korek. Znudzona postanowiłam się zdrzemnąć.
Yyy... Dałam plamy... Wiem...
Pozdrawiam bezwartościowa Black. :*